piątek, 15 listopada 2013

005. dark paradise.


Data: 15 październik 2003
Miejsce: Horsham, West Sussex

Owinęłam ręcznikiem swoje mokre ciało i wyszłam z łazienki łapiąc kosmetyczkę gdzieś po drodze. 
Na korytarzu nikogo nie było, a ja mogłam w spokoju dojść do swojego pokoju. 
- Nie powinnaś latać taka rozebrana. - usłyszałam głos za sobą. 
Ze strachu upuściłam kosmetyczkę mocniej ściskając końcówkę ręcznika, który miałam nadzieję, że wciąż znajdował się na moim ciele. 
Przede mną stanął profesor Malik, w dresowych spodniach i mokrej prawdopodobnie od potu, koszulce.
- Jest wcześnie rano. Wszyscy jeszcze śpią. - odparłam. 
- Ty też jeszcze powinnaś. 
- Przecież nie ucieknę. Nie mam dokąd. - syknęłam przez zaciśnięte zęby.
- Spokojnie - podszedł bliżej przez co automatycznie cofnęłam się krok do tyłu. 
- Proszę się do mnie nie zbliżać - odpowiedziałam i chciałam się cofnąć do swojego pokoju, kiedy jego śmiech odbił się o moje bębenki. 
Trzymałam swój ręcznik, aby tylko nie dać mu większej przewagi, a on miał z tego satysfakcję, że znowu miał nade mną kontrolę. 
Nienawidziłam tego uczucia. 
- Czy skończył pan mnie napastować? Chciałabym oddalić się do swojego pokoju i ubrać.
- Taka krucha i niewinna. - dotknął mojego policzka, a ja poczułam jak skóra gdzie mnie dotyka zaczyna mnie palić. Że miejsce gdzie spoczywała jego dłoń zapada się, a ja mam wielką dziurę w poliku.
- Do widzenia. - rzuciłam.
Z prędkością światła odepchnęłam jego klatkę piersiową od mojej i pobiegłam w stronę swojego pokoju.
Mój oddech przyspieszył, nawet kiedy mocno zatrzasnęłam za sobą drzwi. Marzyłam teraz tylko o jednym. Aby pozbyć się tego wszystkiego z głowy. Kim on naprawdę jest, czy on nie ma swojego życia, czy dla innych też taki jest, czy może ja jestem tylko dla niego wyjątkowa? Zastanawiałam się, jak to jest w jego świecie, czy ma dzieci, żonę, czy ktoś na niego czeka, czy wybrał życie samotnika aby znęcać się nad swoimi uczennicami.

Tuż po śniadaniu skierowałam się sali biologicznej, gdzie miały odbyć się zajęcia z panią Tutti, jednak kiedy do drzwi zaczął zmierzać profesor Malik, poczułam jak robię się cała czerwona na twarzy. Miałam ochotę uciec, ale niestety było za późno, ponieważ Malik zauważył mnie i nawet puścił oczko, w które z wielką chęcią chciałabym go uderzyć.
- Chciałem tylko poinformować Was, że dzisiaj macie tylko trzy godziny, ponieważ o 14 przyjeżdżają do Was wasze rodziny. - uśmiechnął się, a ja miałam ochotę dać mu w gębę.
Rodzina... Tak, miło zapowiadał się ten dzień.
Wzięłam swoje rzeczy i wyszłam z klasy, równo z dźwiękiem dzwonka. 
- Co powiesz na wagary? - zaraz usłyszałam za swoimi plecami i dopiero po chwili zorientowałam się, że głos należy do Marcela'. 
- Nie rozumiem - powiedziałam, a on się cicho zaśmiał.
- Ty i ja, idealnie, poza murami tego budynku - odpowiedział i pociągnął mnie za sobą do jego pokoju.
- Po pierwsze. To jest nie możliwe, drzwi wciąż zamknięte są na klucz, po drugie wydaje mi się, że twoja rodzina przyjedzie. I będzie chciała z tobą porozmawiać, albo to ty musisz z nimi porozmawiać.
- Dzisiaj jest dzień wolny, Connie. Drzwi są otwarte, byśmy mogli spędzić miły dzionek w towarzystwie swoich rodzin, poza murami tego miejsca. To idealny pomysł, szczególnie dla nas.
- Marcel, nie wiem.
- Mała, daj się wyciągnąć. Kilka godzin z dala od profesora Malik'a. - uśmiechnął się.
Jego plan był idealnie dopracowany, jednak nadal miałam obawy. 
- Ok - odpowiedziałam sama nie wiedząc czemu zgodziłam się na jego podstępny plan. 
You only live once. 
- Jesteś najlepsza - cmoknął mnie w usta. - Zobaczymy się o za 20 minut w Twoim pokoju - dodał, kiedy jego współlokator wszedł do pokoju.
- Marcel, twoi rodzice przyjechali. - rzucił, a ja zobaczyłam jak mina Marcel'a, diametralnie się zmienia.
Spiął się cały. Ścisnął pięści, a ja widziałam jego poblakłe knykcie.
- Nie ma mnie. - odparł i wziął głęboki oddech.
Chciałam mu jakoś powiedzieć, że powinien się z nimi spotkać, powinien z nimi porozmawiać, ale kiedy widziałam jak cały zdenerwował się na samą myśl, to nie chciałam wiedzieć co się stanie kiedy by ich zobaczył.
- Idziemy do ciebie wcześniej niż myślałem - pociągnął mnie za sobą i szybko znaleźliśmy się za ścianą mojej sypialni. 
- Jestem tutaj - przytuliłam go mocno do siebie. 
- Wiem - odparł i odwzajemnił mój uścisk, a kiedy tylko się od niego odsunęłam, złożył na moich ustach długi pocałunek. 
- Czas na nas - tym razem to ja wzięłam kontrolę nad naszym planem i wyjrzałam z pokoju, jakby to była jakaś ważna misja do spełniania.
- Wow! Nie poznaję cię. - zaśmiał się, a ja uderzyłam go lekko w brzuch z łokcia, by przymknął się na chwilę.
Ktoś wszedł właśnie ze starszymi ludźmi do holu i skierował się na górę.
Pociągnęłam Styles'a, za sobą i wybiegliśmy na dwór. 
- Marcel? - usłyszeliśmy za sobą głos.
Czułam jak chłopak ściska mocniej moją dłoń.
- Nie mam z Wami o czym rozmawiać. - powiedział i tym razem, to On ciągnął mnie za sobą.
Kiedy tylko znaleźliśmy się za murami tego miejsca, od razu poczułam się jakoś inaczej. 
Po pierwsze, nie sądziłam, że pójdzie nam tak łatwo. Myślałam, że wydostanie się z tego miejsca będzie dla nas większym wyczynem, a poszło jak z płatka. Uśmiechnęłam się nieświadomie i Marcel szybko splótł nasze dłonie razem.
Cmoknęłam go w usta, mocno tuląc do siebie i ruszyliśmy w stronę centrum miasta.
Trochę zaskoczyło mnie to co znajdowało się wokół nas. Mały pareczek, jedna kawiarnia, jakiś sklep z odzieżą używaną, sklep spożywczy i monopolowy. 
Niby nic, ale jak cieszy. 
Marcel od razu ruszył ku kawiarence i usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików.
Reszta zajęta była przez uczniów naszej szkoły namiętnie rozmawiających ze swoimi rodzicami.
- Chcesz coś? - spytał.
- Nie wzięłam ze sobą pieniędzy. - szepnęłam.
- Ja stawiam. - puścił mi oczko. - To nasza pierwsza prawdziwa randka.
- Ja nazwałabym to ucieczką ze szkoły.  
- Randka brzmi zdecydowanie lepiej - uśmiechnął sie do mnie i zamówił dwie mrożone kawy, kiedy tylko kelnerka podeszła do naszego stoliku. 
- Jesteś pewien, że nie chcesz się spotkać z rodziną? To może być jedyna okazja - zachęciłam go, nie chcąc aby potem czegokolwiek żałował.
- Nie, jest ok - złapał moją dłoń w geście wsparcia, jakby chciał zapobiec tej rozmowie, więc nie pytałam dalej. 
- Dziwne jest to miasteczko, nie uważasz? - szepnęłam, by tylko On mnie usłyszał.
- Dziwny to jest Malik, to miasteczko ma raczej odosobniony świat w którym żyje. 
- Ale jednak ma urok. Coś jest co mi się w nim podoba. - zaśmiałam się. - Sama jestem dziwna, więc nie powinno mnie to dziwić. - uśmiechnęłam się do niego. - Czasem mi się po prostu wydaje, że nie pasuje do tego całego życia i Bóg pomylił się kiedy wkładał moją duszę do tego ciała.
- Przestań tak mówić, dla mnie jesteś idealna - skomentował. 
- Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś moim chłopakiem i musisz to mówić - powiedziałam pierwsze co mi przyszło na myśl. 
- Czekaj, czekaj.. - cholera. - Czy to znaczy, że oficjalnie jesteśmy razem? - spytał z zadziornym uśmiechem na twarzy, a ja poczułam jak rumieńce oblewają moje policzki. 
- A jesteśmy? - zaśmiałam się.
- Connie Richards, czy będziesz moją dziewczyną? - Marcel wstał z miejsce poprawiając swoje okulary.
- Marcel, głupku usiądź! - zaczęłam machać na wszystkie strony rękami, by ten wariat zajął swoje miejsce.
- Odpowiedz! - zaczął klaska, a jego głos stawał się coraz głośniejszy.
- Tak - odpowiedziałam tylko dlatego, żeby dał mi spokój, a on podszedł do mnie i mocno pocałował. 
- Mówiłem Ci, że jesteś najlepsza? - powiedział po odsunięciu się. 
Uśmiechnęłam się zawstydzona i zabrałam się za spożywanie swojego napoju, który po chwili przyniosła kelnerka
Po spożyciu, jakże dziwnie dobrych kaw, wybraliśmy się na spacer po małym parku. Usiedliśmy na jednej z czterech ławek i przymknęłam oczy.
Słońce świeciło mi w twarz, a ja czułam jak promienie rozgrzewają mi ciało. 
Taka pogoda była dziwna, słońce w Wielkiej Brytanii było rzadko widywane, a tym bardziej w październiku. 
Czułam się cudownie móc złączyć nasze ręce razem czy przejść się z nim spokojnie po ulicach tego małego miasteczka. To cudowne uczucie wiedząc, że ma się kogoś obok, że ta osoba jest i nigdy nie odejdzie. To cudowne móc poznać taką osobą, jaką jest on. 
- Chciałabym, aby to pozostało na zawsze - szepnęłam na tyle głośno, aby on to usłyszał. 
- Obiecuję Ci, że kiedyś do tego wrócimy.


Data: 31 październik 2003
Miejsce: Horsham, West Sussex

Przewróciłam się na drugi bok i usłyszałam cichy szept w pokoju, szelest i czyjś oddech.
Najpierw się zlękłam, a po chwili nastała cisza.
Uchyliłam jedno oko, ale nie zauważyłam nic co mogłoby mnie zadziwić i dopiero kiedy otworzyłam drugie, ujrzałam kogoś przed sobą.
- Cukierek albo psikus! - ktoś w jakiejś dziwnej masce, stanął przede mną i zaczął wymachiwać dłońmi na wszystkie strony.
Niezidentyfikowana osoba ściągnęła maskę i spojrzała na mnie swoimi zielonymi oczami.
Marcel...
- Spaaaaaaaać - powiedziałam sama do siebie i zakryłam głowę poduszką.
- Nie, nie, nie, dzisiaj Halloween. Masz dużo przygotowań przed wieczorem. Raz, raz - powiedział, a ja wywróciłam oczami i stanęłam przed nim.
- A nie mogę po prostu iść jako śpioch? Wiem, Ebenezer Scrooge* będzie dzisiaj moją inspiracją! - wykrzyknęłam uradowana.
- Connie, rusz się. - Styles zabrał mi kołdrę.
- Marcel, daj spokój. Dzisiaj jest wolne od szkoły, a ja chcę po prostu spać. Nie możesz mi zabronić. Nie obchodzę Halloween i nie mam ochoty na jakaś durną zabawę! - podniosłam głos i po chwili poczułam jak kołdra z powrotem na mnie upada.
Otworzyłam oczy i zauważyłam, jak chłopak wychodzi z pokoju.
- Marcel, czekaj. - usiadłam na łóżku.
Zatrzymał się przy drzwiach na dźwięk mojego głosu. Wzięłam głęboki oddech i do niego podeszłam.
- Ok, niepotrzebnie podnosiłam na Ciebie głos, przepraszam - objęłam go od tyłu. - Może po prostu poleniuchujemy dzisiaj razem? - zaproponowałam, kiedy on się odwrócił do mnie przodem i spojrzał na mnie.
- Pod warunkiem, że wieczorem pójdziesz ze mną na zwiady.
- Naprawdę musimy to robić? - spojrzałam w jego zielone oczy kiedy odwrócił się do mnie przodem.
- Chcę żeby było fajnie.
- Pod warunkiem, że mogę iść w piżamie. - rzekłam, a Styles zaczął się śmiać. - To nie jest żart. Nie będę się przebierać za nikogo. - skrzyżowałam ręce na piersi.
- Nawet dla mnie? - zrobił słodkie oczka.
- Nie, Marcel. - powiedziałam.
- Ale ja się przebiorę. Tak dla jaj. - puścił do mnie oczko.
Pocałowałam go krótko, a on pogłębił mój gest. Nasze dłonie szybko znalazły swoje miejsca na naszych ciałach, przez co poczułam dreszcze. Skierowałam się w stronę łóżka i rzuciłam się na nie, pociągając za sobą Marcel'a.
- Zdajesz sobie sprawę, że postępujemy niezgodnie z zasadami? - spytał mnie.
- Co z tego - odpowiedziałam i kontynuowałam zaczętą akcję.
- Tak cholernie chciałbym zostać, ale obiecałem Adam'owi, że pomogę mu zrobić zadania dodatkowe z matmy, które musi dzisiaj oddać. - zrobił smutną minę, a ja ułożyłam dłonie na jego szyi.
- Czy ty uciekasz przede mną?
- Nie, kochanie. Nie uciekam przed tobą, tylko przed twoim seksapilem, urokiem. Mogę wymieniać dalej... - zaśmiał się i ucałował mnie w czoło. - Do zobaczenia później - pożegnał się i wyszedł, zostawiając mnie znowu samą.
Zakryłam twarz poduszką, chcąc na chwilę przymknąć oczy i po prostu zasnąć, ale wiedziałam, że to będzie niemożliwe. Szybko zamieniłam piżamę na coś bardziej odpowiedniego aby wyjść do ludzi, czym były czarne legginsy i luźny sweter i skierowałam się do stołówki na pyszne i zdrowe śniadanie.
Kiedy tam dotarłam zobaczyłam jedynie kilka uczniów, którzy kończyli swoje danie.
Skierowałam się do bufetu.
- Dzisiaj sobie pospałaś, belleza**.
- Nie paliło mi się do tego by wstawać. - zaśmiałam się.
- Niestety nic nie zostało, ale mogę przygotować specjalnie dla ciebie twojego ulubionego omleta.
- Naprawdę? Mogłaby pani? - uśmiechnęłam się.
- Tak skarbie, chodź. - pani Narváez uchyliła drzwiczki, które oddzielały uczniów od niej i wskazała dłonią bym weszła i śledziła jej kroki.
Od razu ruszyłam za nią i znalazłam się, jak później się dowiedziałam w jej mieszkanku.
- Bardzo ładne miejsce - pochwaliłam wystrój, a ona się delikatnie uśmiechnęła i zabrała się za robienie posiłku.
- Jak z Marcel'em, kochanie? - spytała tym samym coś mieszając w misce.
- Co ma być? - odpowiedziałam głupio.
- Przede mną tego nie ukryjesz. Widzę, że coś między Wami jest. Już od samego początku było to pisane - odwróciła się do mnie z uśmiechem, przez co się zawstydziłam.
- Ale..
- Nie, nie, nie. Connie ja wszystko wiem. - uśmiechnęła się do mnie, podając szklankę ciepłego mleka.
- To są tylko przypuszczenia. - zaśmiałam się, by uniknąć jakiejkolwiek dalszej rozmowy na ten temat.
- A co to jest.. To między tobą a profesorem Malik'iem? - przerwała mieszać łyżką i spojrzała na mnie.
- Między mną, a nim nic nie ma. On sobie jedynie coś ubzdurał. - uśmiechnęłam się.
- To tak nie wygląda - odpowiedziała.
Była strasznie uparta, ale wiedziałam, że rozmowa z nią nie zaszkodzi.
- On po prostu jest natrętnym człowiekiem. Mam wrażenie jakby się na mnie uwziął - oznajmiłam popijając ciepły napój.
- To dziwny przypadek. Zwykle jest obojętny w stosunku do wszystkich. Podpadłaś mu w czymś? - zapytała ciągnąc temat, a przed oczami stanął mi mój bliski stosunek z Marcel'em.
- Nie - odpowiedziałam krótko, nie chcąc tego ciągnąć.
Zapadła cisza między nami, a ja zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu w którym się znajdowałyśmy.
- Smacznego. - kobieta podała mi talerz z omletem.
Miałam wielką nadzieję, że nie zacznie znowu rozmawiać o Malik'u, bo naprawdę nie miałam ochoty psuć sobie tak dobrego, rozpływającego się w ustach śniadania.
Po skończeniu posiłku podziękowałam, najedzona do syta i opuściłam jej 'mieszkanie'. Skierowałam się do swojego pokoju i zabrałam się za przygotowania, jak obiecałam Marcel'owi.
Stanęłam przed swoją walizką i nie wiedziałam co mam zrobić. Niby w bibliotece miały się pojawić dzisiaj jakieś stroje, które mogliśmy sobie wypożyczyć, ale nie chciałam się aż tak bardzo w to angażować. To był dla mnie zwykły dzień, szkoda że Marcel nie mógł tego zrozumieć i odpuścić.
Wyciągnęłam czystą bieliznę i wielką koszulkę Louis'a.
To dziwne.
Pachniała nim. 
A ja choć nie chciałam go znać, to instynktownie przytuliłam się do materiału, a do moich oczu zaczęły napływać łzy, które szybko powstrzymałam odrzucając koszulkę na łóżko.
- Ogarnij się. - powiedziałam sama do siebie i chwyciłam ręcznik.
Musiałam wziąć kąpiel i się zrelaksować.
Tuż po dotarciu do łazienki wskoczyłam pod jeden z wolnych pryszniców i odkręciłam zimną wodę. Uwielbiałam kąpać się w lodowatej wodzie, która wywoływała gęsią skórkę na moim ciele.
Po zakończeniu szybkiego prysznica, wróciłam do pokoju i narzuciłam na siebie koszulkę Louis'a. Dobrałam do tego za duże dresy, do których założyłam papcie wzięte z domu, natomiast mokre włosy splotłam w warkocz i pozwoliłam im swobodnie opadać na ramie.
Przejrzałam sie w lustrze i wyglądałam jakbym dopiero co wyszła z łóżka.
Idealnie. 
Kiedy z wielkim uśmiechem rzuciłam sie ku mojemu łożu, usłyszałam pukanie, a raczej mocne walenie w moje drzwi.
Ruszyłam ku nim po czym uchyliłam je.
- Witam, panno Richards. - dosłownie wprosił sie do mojego pokoju, popychając mnie. - Czego pan szuka?! - podniosłam na niego głos kiedy ten uniósł pościel z mojego łóżka.
- Szczęścia - zakpił i spojrzał na mnie unosząc swoje brwi.
- Tutaj go pan nie znajdzie. - skrzyżowaniami swoje ręce.
- Doszły mnie słuchy, że w akademiku znajdują sie papierosy którymi ktoś zatruwa siebie jak i innym środowisko, mam nadzieje, że to nie ty - powiedział, a moje serce sie zatrzymało, jednak starałam sie utrzymać pokerową twarz.
- Niech zgadnę, pierwsze co przyszedł pan do mnie, zamiast do innych uczniów - chciałam zmienić temat.
- Bo ciebie miałem najbliżej - spojrzał mi prosto w oczy.
Miałam ochotę zapaść sie pod ziemie. Jego wzrok palił a ja czułam jak temperatura w pokoju nagle wzrasta.
- Życie ci nie miłe. - rzekłam, ściskając dłonie w pięści.
Zauważyłam jak jego szczęka sie napięła.
- Nie masz prawa tak do mnie mówić - odezwał sie i kontynuował przeszukiwania.
W pewnym momencie podszedł do mojej puszki, gdzie w poszewce była schowana paczka moich ulubionych papierosów.
Przełknęłam głośno ślinę, a on spojrzał na mnie badawczo.
- Wygląda pani, jakby sie czegoś bała - znowu spojrzał mi w oczy.
- Nie mam takiej potrzeby - odpowiedziałam i czekałam na jego reakcje.
- Nie mam nic do ukrycia panie psorze. Wszystko co możne zatruć mi i innym uczniom, życie, to pan. - uśmiechnęłam się.
- Panno Richards - gościu usiadł na mojej poduszce a ja w duszy modliłam się by nie zgniótł mi papierosów.
- Czy znalazła pani kostium na dzisiaj?
- Jakby pana to interesowało... Po za tym nie obchodzę Halloween, to święto jedynie mnie dołuje i sprawia, że jestem smutna. Po za tym do jakiego chuja ja ci to mówię.
- Jestem twoim nauczycielem, należy mi się odrobina szacunku młoda damo. - wstał i podszedł do mnie.
Całe moje ciało zaczęło niekontrolowanie się trząść.
- I tak będziesz moja. - wyszeptał mi prosto do ucha.
Bez żadnej odpowiedzi z mojej strony wyszedł z pokoju, a ja zostałam w stanie niepewności. Miałam dość tego człowieka i myśl, ze znowu był tak blisko mnie, przerażała mnie, że za każdym razem mu na to pozwalałam.
Podeszłam do łózka, gdzie delikatnie położyłam głowę na poduszce i czując jak jedna łza opada na jasną poszewkę, zasnęłam sama nie wiedząc kiedy.

Obudziłam sie czując jak robi mi sie gorąco. Nie ze względu na temperaturę, a sen który mi sie przed chwila przytrafił. Obudziłam sie siadając prosto i dopiero po paru minutach trafiło do mnie to, że był to jedynie sen.
Usłyszałam pukanie w drzwi, jakby ktoś chciał wedrzeć się do mojego pięknego życia.
Zerwałam się z łóżka i podbiegłam do drzwi.
- Skarbie miałaś być już pół godziny temu u mnie.
- Przepraszam. Przepraszam, zasnęłam.
- Spałaś całą noc, do godziny 9 i jeszcze się nie wyspałaś?
- Wiesz przecież, że jestem śpiochem!
- Jesteś gotowa?
- Niestety tak, ale wpierw powiedz mi proszę, za kogo ty się przebrałeś. James Bond, za Chrisitian'a Grey'a czy David'a Beckham'a?
- Zayn Malik - odpowiedział, przez co zamarłam kiedy wypowiedział jego imię i nazwisko.
- Po jaką cholerę przebierałeś sie za tego psychola? - powiedziałam zbyt głośno.
- Dla zabawy - był pewny swojej odpowiedzi, przez co moje ciśnienie podskoczyło jeszcze bardziej.
- Załóż lepiej ta maskę - chwyciłam jego dłoń. - Będziesz wyglądał o wiele lepiej.
Zaśmiał sie głośno i przekroczył próg mojego pokoju.
- Gotowa, księżniczko?
- Tak jak mówiłam, idę jako śpioch - zaprezentowałam się, a on oplótł swoje dłonie dookoła mojej szyi i krótko mnie pocałował. - I tak jesteś perfekcyjna.
Złapałam go za rękę i pociągnęłam za sobą w stronę drzwi.
Szybko znaleźliśmy sie na dużej sali, gdzie pełno uczniów juz tańczyło do szybkiej muzyki, a reszta chodziła po pokojach i zbierała słodycze albo coś, co w regulaminie jest zakazane.
- Pójdę mam po poncz - powiedziałam i odeszłam w innym kierunku.
Nalałam nam do dwóch plastikowych kubeczków czerwonego płynu i odeszłam w kierunku, gdzie zobaczyłam swojego towarzysza.
- Proszę - podałam zamaskowanej osobie napój, kiedy sama próbowałam swojej porcji. - Słabo sie postarali - skomentowałam i spojrzałam na niego, kiedy rozglądał sie dookoła.
- Zatańczymy? - ledwo usłyszałam przez głośną muzykę.
- A może od razu przejść do czynów? - zaproponowałam i odkładając swój i jego napój, pociągnęłam ponownie za sobą. Jednak na korytarzu to on przejął kontrole nade mną i skręcił w dół schodów obok mojego pokoju. Zawsze interesowało mnie co tam sie znajdowało, a ciemność dookoła nie było odpowiedzią na moje pytania.
- Marcel..
Nie odpowiedział tylko wepchnął mnie mocna siła do ciemnego pokoju, gdzie po chwili zobaczyłam zarys biurka i ciemne ściany. Od razu oparł mnie o drewniany mebel i zaczął mocno całować. Bardziej namiętnie, niż kiedykolwiek ale nie przeszkadzało mi to. Podobał mi sie sposób w jaki przejmował kontrole nad moim ciałem i to co ze mną robił. Sprawiał, że pragnęłam go bardziej.
Właśnie teraz, tutaj.
Jego miękkie wargi, były dla mnie afrodyzjakiem, i czułam jak jedynie pragnę więcej i więcej.
Mimo tych głębokich uczuć między nami, odchyliłam się od niego na sekundę i spojrzałam w jego oczy przez ciemną maskę.
Nie zawahałam sie i szybko ją zdjęłam, po czym zamarłam.




* Scrooge jest zamkniętym w sobie skąpcem, nielubiącym ludzi i nielubiącym świąt Bożego Narodzenia. (Opowieść wigilijna)
**belleza - piękna.




witamy! i znowu na wejściu cholernie przepraszamy! ale jak widać to nie jest nasza
wina.. nauki w liceum jest o wiele więcej niż się mogłoby wydawać. szczerze to nawet
sobie ledwo radzę, więc jestem w jeszcze większym bagnie. ale jak widać rozdział w końcu
się pojawił i mam nadzieję, że nie możecie doczekać się co będzie w następnym! ALE JA TAK 
UWIELBIAM WAS WKURZAĆ, PODNOSIĆ WAM CIŚNIENIE I WGL.

KOCHAM WAS!! 
przepraszam xx




Tattooed Heart. - zastanawiam się czy prowadzić. 
wejdziesz i zobaczysz?

sobota, 19 października 2013

004. i still adore you.



Data: 25 wrzesień 2003r
Miejsce: Horsham, West Sussex

Kiedy zadzwonił dzwonek dosłownie wypadłam z klasy potykając się o własne nogi i wpadając na Taylor. Zbluzgała mnie najgorszym możliwymi epitetami, a ja przewróciłam oczami.
Ruszyłam dalej nie patrząc na jej niezadowolenie i wpadłam do swojego pokoju, gdzie rzuciłam się na łóżko. Westchnęłam głęboko. Czułam, że  byłam zmęczona dzisiejszym dniem.
Myślałam czy nie wyciągnąć swojego ukrytego laptopa i nie skontaktować się z Louis'em, ale stwierdziłam że nie chce mieć więcej nic z nim wspólnego. Skoro sam się nie odzywał, ja tym bardziej nie powinnam.
Usłyszałam pukanie do drzwi i niezadowolona wstałam ze swojego nie wygodnego łóżka. Chciałam chwili odpoczynku, czy to dużo?
Podeszłam do drzwi lekko je uchylając.
- Gotowa na matematykę?  - przed nimi stanął Marcel z książką od algebry w lewej dłoni.
Ah.. zapomniałam, że mój przyjaciel miał wytłumaczyć mi najnowszy temat, z którego szykowała się niespodziewana kartkówka.
- Wejdź - wpuściłam go do środka.
Chłopak szybko wszedł do mojego pokoju i siadł na łóżku rozkładając książkę i zeszyt w którym zazwyczaj robiliśmy zadania.
- Gotowa?
- Prawdę mówiąc to nie.. Nie mam na nic sił, Marcel. - usiadłam obok niego. - Możemy to zrobić za chwile? Obiecuje, ze się skupię w 100% - uśmiechnęłam się delikatnie, łapiąc jego dłoń na co on od razu zareagował i cofnął ja do tyłu.
Uśmiech z mojej twarzy znikł, a ja patrzyłam na swojego przyjaciela.
- Marcel, wiesz że ci nic nie zrobię. Nie jestem jak twoi rodzice, zaufaj mi - powiedziałam martwiąc się o niego, że przez tych ludzi on już zawsze będzie miał dystans do wszystkich innych.
- Tu nie chodzi tylko o nich, Connie.
- Nie rozumiem cię, Marcel. - powiedziałam związując włosy w kitkę.
- Nie mówmy o tym.
- Marcel. Miało nie być tajemnic. Mieliśmy się przyjaźnić, a takimi rzeczami wystawiasz nas na próbę. Chcesz tego? Bo ja nie chcę się z tobą kłócić po raz setny. Jesteś dla mnie ważny, a ja naprawdę się o ciebie martwię, kiedy wydajesz się taki tajemniczy. Jakbyś chował się przede mną z nadzieją, że nigdy do ciebie nie dotrę i do twoich mrocznych sekretów. Każdy takie ma.. Mówiąc o tym. Zróbmy sobie chwilę szczerości, co ty na to? - wyprostowałam plecy.
Po długim przemyśleniu stwierdziłam, że nie mogę go okłamywać i powinien dowiedzieć się, że moja kochana mamusia zostawiła mnie jako małą dziewczynkę w pociągu. Musiał dowiedzieć się prawdy.
Przecież Ona zawsze wychodzi na jaw.
- Mhm.. - pokiwał głową.
- ... Nawet nie miałam okazji jej poznać, a ona już się mnie pozbyła, Louis okazał się takim samym draniem - Marcel przytulił mnie mocno do siebie i pocałował mnie w głowę.
- Ja taki nie jestem - wyszeptał.
- Wiem, ufam ci - odpowiedział, a on odchylił się do mnie, patrząc mi w oczy.
- Connie, nie tylko rodzice podnosili na mnie dłoń - zaczął.
Widziałam w jego oczach ból, jak i strach jakby za wspomnieniem tego, miało się to powtórzyć.
- Kiedy miałem 12 lat przychodziła do nas niania. Młoda, była ledwo po studiach. Kiedy rodzice wychodzili, ona zgaszała światła, przychodziła do mojego pokoju, kładła się obok i...
Widziałam w jego oczach łzy, które za chwilę miały spłynąć po jego policzkach. Doskonale wiedziałam co czai się na końcu zdania, którego nie mógł wykrztusić. Nie wiem czy bardziej zdenerwowało mnie to, że nikt nie zauważył tego co się dzieje, czy to, że biedny mały chłopiec został skrzywdzony.
- Czy to stało się tylko raz, Marcel?
- Nie. To była codzienność. - wykrztusił a po jego policzkach zaczęły spływać słone łzy.
On cierpiał.
Nie wiedziałam co innego mogłam zrobić jak mocno przytulić go do siebie, aby zabrać jego cały ból.
- Jestem z ciebie dumna, ze od tego uciekłeś. Jestem tutaj, nie po to aby to powtarzać a po to aby ci pomoc - powiedziałam do niego, słysząc jego szloch przez co mi samej zaczęły się zbierać łzy w oczach.
Spojrzałam na niego, delikatnie wplatając dłonie w jego lokujące włosy i zbliżając się do niego, czekając na jego reakcje.
Nic nie mówił, ani nie reagował na mój ruch.
- Zaufaj mi, proszę - zbliżyłam swoje usta do niego i na początku lekko je musnęłam po czym odsunęłam się czekając na jego słowa, zamiast tego dostałam odpowiedz w postaci pocałunku.
Po chwili leżałam pod nim, a On przywierał do mnie ustami. Powoli zjeżdżał swoje wargi w dół mojego ciała, zostawiając mokre ślady na mojej klatce piersiowej.
Czułam mrowienie, stan którego nie chciałabym się pozbyć. Pierwszy raz miałam już za sobą, ale to co było własnie między nami wcale nie przypominało tego co działo się pomiędzy moim pierwszym partnerem seksualnym.
Oboje byliśmy nieźle wstawieni, a jedyne co jeszcze pamiętam to to, że chłopak wychodząc z pokoju wyjebał się i zarzygał ściany domownikowi.
Teraz chciałam się skupić na tej czułości która dawał mi Marcel. Był delikatny w porównaniu do chłopaka wcześniej. Był bardziej namiętny, ale i działał z umiarem.
Zaczęłam wkładać swoje zimne dłonie pod jego koszule, na co on cicho jęknął nie przyzwyczajony do tego dotyku.
- Spokojnie - szepnęłam, zdejmując z niego koszule i odkrywając parę siniaków. Zbliżyłam swoje usta do każdego z nich, a na jego twarzy pojawiał się grymas.
- Teraz cię pocałuje. Tutaj. - lekko wskazałam palcem na największą bliznę.
Chłopak przełknął ślinę i spojrzał prosto w moje oczy.
Delikatnie ucałowałam miejsce wcześniej wskazane, kiedy po chwili złapał mnie za dłoń.
- Boję się. Nie chcę. - wyszeptał.
Doskonale rozumiałam go, jego troski i ból który wyczytałam z jego oczu. Bał się być dotykany a ja musiałam to uszanować.
Zbliżył swoje usta do moich i delikatnie mnie pocałował, a ja poczułam gęsią skórkę na całym ciele.
Widziałam jak trzyma się na dystans, ale nie miałam nic przeciwko temu.
- Connie? - spytał odchylając się ode mnie, kiedy ja oplotłam swoje palce dookoła jego szyi.
- Hm? - spytałam patrząc mu w oczy.
- Jesteś cudowna - uśmiechnęłam się nieśmiało, a on znowu musnął moje usta.
- Czy to znaczy, ze mi ufasz? - spytałam, a on kiwnął głowa przez co to ja przejęłam kontrole nad jego ciałem.
Obróciliśmy się tak, że to teraz ja znajdowałam się na jego ciele. Usiadłam na nim okrakiem i lekko uśmiechnęłam się.
- Nie dotknę cię Marcel, obiecuję. - szepnęłam zbliżając się do jego ucha. - Za to, ty możesz dotknąć mnie.
Chłopak dotknął moich pleców i przejechał po moim kręgosłupie w dół.
Całowałam go po całym ciele, omijając te najbardziej bolące dla niego miejsca.
Nie wierzyłam w to co się działo. To było zbyt piękne, zbyt prawdziwe, zbyt bajeczne kiedy nasze oddechy złączyły się w jeden i pracowały w tym samym tempie.


Data: 06.10.2003
Miejsce: Horsham, West Sussex

Siedziałam na łóżku w swoim pokoju kiedy ktoś zapukał do drzwi.
Szybko ruszyłam w tamtym kierunku i uchyliłam drzwi.
- Ktoś do ciebie dzwoni. - Malik lekko uśmiechnął się do mnie.
- Nie chcę z nikim rozmawiać. Nawet z panem.
- Ale tutaj nie m czego chcesz, a czego nie. Rusz się.
Wywróciłam oczami i poszłam za nim. Czułam jego mocny zapach perfum, który trafiał do moich nozdrzy. Ten facet działał na mnie toksycznie. Nawet jeśli nie miał na to wpływu. Przerażało mnie to, ale próbowałam odgonić te myśli, skupiając się na Marcel'u. Pomyślałam o tamtym dniu, kiedy wszystko miało miejsce. O jego czułości, o jego delikatności, o jego ustach na moich. To wszystko było bajeczne. To on był.. nieprzewidywalny. W jednym momencie spokojny, w drugim pokazywał mi jak bardzo tego pragnie, po czym znowu zaspokajał mnie harmonią i troską
Otworzył pomieszczenie od sekretariatu i wpuścił mnie do środka. Nie było tam nikogo, a ciszę przerywało radio puszczone gdzieś w tle.
- Proszę - podał mi słuchawkę i usiadł na jednym ze skórzanych fotelu.
- Chciałabym porozmawiać w prywatności.
- Prywatności tutaj nie ma. Nawet rozmowy są nagrywane. - uśmiechnął się do mnie sztucznie i oparł głowę na dłoni. - Tylko się pośpiesz, mam masę rzeczy do zrobienia.
Nie rozumiałam całych tych procedur tego głupiego więzienia.
- Tak, słucham? - odezwałam się do słuchawki.
- Tęskniłaś, siostrzyczko? - usłyszałam ten sam radosny głos, który nie był przepełniony sarkazmem, a zawsze mówił tak entuzjastycznie, gdy miał dla mnie dobre wiadomości, co nie zdarzało się często.
- Louis.. - powiedziałam zdziwiona jego głosem. - Po co dzwonisz? - mój ton głosu od razu się zmienił na suchy głos, którego często bywałam używać w stosunku do niego.
- Co u Ciebie, kochana?
- Hahahah. Serio? Serio Louis.. Wzięło ci się na tęsknienie za mną? Nagle po miesiącu przypomniałeś sobie o moim istnieniu. Co teraz powiesz na to, że to ja zapomniałam o twoim? Od 37 dni nie istniejesz dla mnie, Tomlinson. Naprawdę.
- Carmen. Posłuchaj mnie raz a uważnie. Naprawdę. Cholernie nie chciałem z tobą rozmawiać. Wysłałem cie tam i wszystko jest dobrze.
- To po chuja do mnie dzwonisz?! - podniosłam głos, kiedy Malik nagle stanął za moimi plecami i głośno odchrząknął.
- Bo Annie mi kazała. Powiedziała, że mam to zrobić, choć nie chciałem. Po za tym Veronica się stęskniła za tobą. Chciała usłyszeć twój głos.
Nie wiem czemu, ale zrobiło mi się cholernie ciepło na sercu i po chwili niekontrolowanie się uśmiechnęłam.
- Pozdrów ją ode mnie, jeśli chociaż tyle możesz dla mnie zrobić - powiedziałam.
- Nie ma sprawy - odpowiedział mało zachęcająco.
- Masz coś jeszcze do powiedzenia, bo jak mi jak i mojemu nauczycielowi, szkoda czasu na twoje gadki o tym jak bardzo Ci dobrze beze mnie w domu - oznajmiłam zgodnie z prawdą, prowokując Malik'a.
- Nie złość się na mnie, skoro chciałem tylko dla Ciebie dobrze - usłyszałam.
- Za późno - tylko tyle mogłam powiedzieć, na tyle mnie było stać po tym wszystkim. Odłożyłam słuchawkę z prędkością światła i wzięłam głęboki oddech, chowając twarz w dłoniach.
Poczułam jak ktoś dotyka mojego ramienia i po chwili mocno wtulałam się w postać, która obejmowała mnie ramionami.
Doskonale wiedziałam, że to mój profesor, ale czułam w sobie taką pustkę po rozmowie z Louis'em, że nie chciałam się od niego odsunąć, a nawet pragnęłam by stać tak już do końca świata i dzień dłużej.
- Przepraszam. - w końcu wzięłam się w garść i odsunęłam od niego.
- Jeśli chcesz pogadać czy coś - Malik podrapał się w kark - To daj znać.
- Nie. To nie będzie konieczne. - rzuciłam i szybkim krokiem wyszłam z gabinetu kierując się do swojego pokoju.
Opadłam na łóżko, zmęczona dzisiejszym dniem bardziej niż kiedykolwiek. Mój brat nie działał na mnie dobrze. W zasadzie nie był nawet moim bratem. Wstydziłam się tak mówić, czy przyznawać się do tego. Był dla mnie skończonym idiotą. Tyle wystarczyło, żeby go określić. Chciałam z nim skończyć raz na zawsze i myślę, że ta rozmowa sama dała nam to do zrozumienia. Dłużej nam nie zależy. On tylko wpłaca konto za opłacenie tej szkoły dla swoich korzyści. Do pozbycia się mnie. Tak było mu po prostu na rękę. Nie liczył się z moimi emocjami, czy uczuciami, tak jak teraz. Tylko teraz nie czułam nawet pustki, bo wiem, że ten człowiek mimo, że zastępował mi ojca, teraz nie jest nawet nikim bliskim.


Data: 15 październik 2003r
Miejsce: Horsham, West Sussex

Siedziałam na stołówce, wokół nieznanych mi ludzi. Jedni patrzeli na mnie jak na idiotkę, a drudzy śmiali się ze mnie pod nosem.
Powoli przeżuwałam śniadanie podane przez panią Narváez.
- Widzę, że ci się nie śpieszy. - ktoś stanął za moimi plecami.
Serce zaczęło mi mocniej bić, powoli przewróciłam głowę i ciśnienie opadło mi dopiero kiedy zauważyłam ten śliczny uśmiech Marcel'a, który hipnotyzował.
- Widzę, że tym ludziom przeszkadza moja obecność, więc zamierzam ich jeszcze trochę poirytować swoją obecnością - odbiłam piłeczkę, kiedy on usiadł obok mnie, witając się ze mną buziakiem w policzek.
Uśmiechnęłam się, czując rumieńce na mojej twarzy, kiedy on cicho się zaśmiał i zaczął jeść swój posiłek.
- Uwielbiam kiedy się rumienisz. - spojrzał na mnie nie odwracając głowy.
- Przestań. - pacnęłam go w ramię, śmiejąc się.
- To wiesz.. - poczułam jak dotknął mojego uda. - Stęskniłem się za tobą.
- Uhm... - poczułam jak całą sztywnieję. - Muszę się pośpieszyć. Mam zajęcia z profesorem Malik'iem.
Szybko wziął dłoń z mojego uda i zaczął jeść swój posiłek, unikając kontaktu wzrokowego, ze mną.
- Zobaczymy się później? - spytał niepewnie.
- Pewnie, jak tylko uda mi się wszystko zrobić, dam znać - odpowiedziałam zbierając swoje rzeczy.
Z szybkością światła wypadłam ze stołówki, sama nie wiedząc czemu tak mi się spieszy. Czułam się w jego towarzystwie niekomfortowo, odkąd między nami doszło do bliższego zbliżenia. Może to dlatego, że teraz nie musiałam ukrywać swoich uczuć do niego, a nigdy nie byłam w tym dobra. Miłość to dla mnie coś nowego. Nadal byłam w tym zielona, mimo swojej przeszłości, ale tamto pozostawiam za sobą. Rozmowa z Louis'em nauczyła mnie, że tamto życie już nie istnieje. Czas dać spokój, skończyć tą szkołę i ruszyć dalej. Po swojemu.
Kiedy znalazłam się pod klasą, w której miały odbyć się pierwsze zajęcia, dzwonek zadzwonił, a drzwi klasy otworzyły się jak na zamówienie.
- Witajcie. - ten sam uśmiech na twarzy profesora Malik'a.
Skrzywiłam się na samą myśl, że zaledwie kilka dni temu, przytulałam się do niego i nawet nie chciałam się uwolnić od jego ramion.
Zajęłam swoje stałe miejsce i otworzyłam zeszyt dokańczając mój zaczęty sprzed kilku dni rysunek na marginesie.
- Panno Richards, przeszkadzam pani? - Malik podszedł do mnie, stojąc nad moim zeszytem.
- Nie, skąd. Bardzo uważnie słuchałam pana opowieści o Edypie - odpowiedziałam, wahając się nad odpowiedzią.
- Widzę - spojrzał na zeszyt. - Dodatkowa praca. Proszę zostać po lekcjach - powiedział stanowczo, na co ja wywróciłam oczami.
Nie chciałam się z nim kłócić, aby nie pogarszać sprawy. I nie chodziło tutaj o dodatkowe prace, które mógł mi zadać, a dodatkowy czas z nim, który mogłam spędzić, stawiając na swoim.
Lekko kiwnęłam głową i wróciłam wzrokiem na książkę.
Miałam dość tego człowieka, a za nami dopiero jeden miesiąc. Jak miałam przetrwać jeszcze 9 skoro, rzygałam całym tym jego rozkazywaniem, jego ciągłym marudzeniem i przystawianiem się do mnie
Lekcja minęła zbyt szybko. Wszyscy opuścili klasę a ja siedziałam na swoim miejscu wpakowując ostatnie rzeczy do torby.
- Doskonale zdaję sobie sprawę.. - przerwał stając przed moim ławką.
- O co do cholery panu chodzi? - spojrzałam na niego.
- O Ciebie i Marcel'a - powiedział nie przedłużając, a w jego oczach było tylko jedno.
Złość.
- Nie mam prawa do przyjaźni z nim? - spytałam z nutą irytacji w moim głosie.
- Nie masz prawa do odbywania z nim tak bliskich stosunków - odbił piłeczkę, przez co głośno przełknęłam ślinę.
On wiedział. Nie wiem jak, ale wiedział o tym. Przerażało mnie to, że nic się przed nim nie ukryje, ale też to, że teraz mogło grozić coś mi i mojemu przyjacielowi.
- Chyba panu się pomyliło coś. - zaśmiałam się prosto w jego twarzy wstając z krzesełka.
Ruszyłam ku wyjściu, kiedy ona złapał mnie za nadgarstek.
Od razu zrozumiałam, że to nie jego sprawa co robię z własnym życiem, co się dzieje u mnie.
- A nawet jeśli to co? Pójdzie pan szanowny profesor do pani dyrektor i się poskarży. Chętnie tego posłucham, przy okazji dodam małą historyjkę jak to napastuje pan uczennice.
Zbliżył się mnie. Jego klatka piersiowa była tuż przy mojej.
- Nikt nie uwierzy w twoje wymyślone historyjki. - złapał mój podbródek.
- Jest pan tego pewien? - spytałam, jakby dodając sobie odwagi, kiedy tylko robiłam przeciwnie, bo on niemal wybuchnął śmiechem prosto w moją twarz.
- Jesteś czasami taka żałosna, ale nadal taka czarująca - skomentował, co sprawiło, że nie wiedziałam jak się dalej odezwać.
- Trzymaj się od tego chłopaka z daleka - zagroził mi.
- Bo jak nie to co? - spytałam pewna powagi, patrząc ciągle w jego oczy.
- Bo tego pożałujesz, a on bardziej.

__________________________________________

witajcie. trochę ode mnie odpoczęliście przez małe problemy u mnie w domu, ale teraz wszystko wróciło do normy. kolejny rozdział za nami, akcja się rozkręca. i nie, wcale nie działamy za szybko, jak pare z was może stwierdzić. po prostu, czekajcie na dalsze wyjaśnienia sprawy, hehe

SEE YA

CZEKAMY NA SZCZERE OPINIE!

niedziela, 6 października 2013

003. last first kiss.



Data: 20 wrzesień 2003r
Miejsce: Horsham, West Sussex

Obudziłam się rano z wielkim uśmiechem na twarzy.
To były piękne dwa tygodnie bez pana profesora Malik'a, który podobno leżał chory w łóżku. Jakoś w to nie wierzyłam, ale dla mnie najważniejsze było to iż nie widziałam, jego parszywej twarzy.
Ubrałam się w jakieś ciuchy i skierowałam do łazienki umyć zęby. Po drodze spotkałam się ze sztucznym uśmiechem lokatora Marcel'a i chichotem od strony innych osób.
Tuż po załatwieniu najważniejszych spraw w łazience poszłam do stołówki, gdzie przywitał mnie Styles z gorąca pyszna kawą i jajecznicą, ze szczypiorkiem.
Zjadłam dość szybko swoje śniadanie i skierowałam się do klasy, która o dziwo była otwarta.
Chwyciłam za klamkę i wielkim impetem wpadłam do klasy.
Zamarłam.
- Dzień dobry, panno Richards - w klasie byłam sama.
Tylko ja i on. Moje serce zamarło. Po raz kolejny w jego towarzystwie.
- Przepraszam. Szukałam pani Green - szybko się wybroniłam.
- Rozumiem, że się stęskniłaś - rzucił. - Cieszę się, że się tak o mnie martwisz. - uśmiechnął się szeroko. Rozejrzałam się dookoła ale najwidoczniej nikomu się nie spieszyło aby zajrzeć do tej klasy.
- Nie martw się o resztę. Rozmawiałem z panią dyrektor. Masz trochę zaległości jak zgodziła się ze mną pani od matematyki więc masz ze mną dodatkowe korepetycje - wyjaśnił mi, a ja byłam w szoku.
- Dlaczego akurat pan? - spytałam.
- Bo sam muszę nadrobić stracone godziny przez moja chorobę wiec decyzja była jednogłośna. Oprócz tego skończyłem dodatkowe kursy z wiedzy o fizyce i astronomii, wiec to dla mnie nie problem.
- Ale ja naprawdę nie potrzebuje pomocy. Mam bardzo dobrego korepetytora.
- Carmen, chcę spędzić z tobą więcej czasu. Stęskniłem się. - wyszeptał.
- Też się stęskniłam - powiedziałam tym samym tonem głosu co on. - Bo teraz mogę zrobić to - cisnęłam otwartą dłoń w jego prawy policzek przez co odwrócił głowę w druga stronę.
- Jesteś nieznośna. Wiesz, że to pociąga mnie jeszcze bardziej - skomentował i chytrze się uśmiechnął.
- Wiesz, że mam cię dość jeszcze bardziej? - odbiłam piłeczkę, a on złapał mnie za nadgarstki.
- Jeszcze będziesz cała moja - wyszeptał w momencie kiedy dzwonek odbił się od moich uszu
Szybko mnie puścił i wrócił na swoje miejsce przy biurku.
Do klasy weszli inni uczniowie i z wielką radością witali się z nauczycielem po długiej przerwie, utęsknieni za jego głosem, a dziewczyny raczej widokiem.
Kiedy wszyscy siedzieli na swoich miejscach, nauczyciel zaczął swoje gadanie i o dziwo unikał mojego kontaktu wzrokowego, kiedy to chciałabym go nim zabić.
Miałam czas na przyjrzenie się jego postaci.
Był wysoki i posiadał nieznacznie długie nogi, co mogło strasznie rozpraszać. Jego włosy wyglądały, jak po jakimś stosunku seksualnym, rozproszone na wszelkie strony. Na twarzy widniał zarost, który był kilkudniowy. Jakby po nieprzespanym weekendzie wstał w poniedziałek do pracy i nie chciało mu się kąpać. Ubrany był w białą koszule, która wpuszczoną była w ciemne spodnie. Na nogach miał trampki. Zwyczajne białe trampki, jak jakiś nastolatek.
Napotkał mój wzrok kiedy mu się przyglądałam przez co szybko spuściłam wzrok a on się szerzej uśmiechnął.
Znowu miał nade mną kontrole co strasznie mnie irytowało.
Gdyby nie jego charakter i to jaki miał na mnie wpływ pewnie sama zachwycałabym się jego widokiem, bo był przystojny. Dziwiło mnie, że jest tutaj, a nie gdzieś w centrum Londynu w pięknym penthousie z żoną i dwójką dzieci.
Lekcja szybko się skończyła, więc wybiegłam z klasy, aby uniknąć spotkania z ulubionym profesorem i skierowałam się na główny korytarz gdzie samotnie czekał na mnie Marcel.
- Co się stało? Wyglądasz jakby ktoś cię gonił. - powiedział, kiedy odsunęłam  się od niego po przytulaniu.
- On wrócił. - szepnęłam.
Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam się trząść.
- Spokojnie, Connie. - choć na lunch.
Wszystko mi opowiesz.
Już po chwili znajdowaliśmy się w stołówce popijając kawę.
- I wtedy przywaliłam mu w twarz. - skończyłam, a Marcel się zaśmiał.
- Muszę cię nauczyć bić, żebyś mogła powalić go na ziemie, bo wydaje mi się, że następnym razem go już tym nie zaskoczysz.
- Raczej moje kruche ciało nie będzie miało szans z jego umięśniona sylwetką - skomentowałam i wzięłam do ust pełen widelec sałatki z oliwkami.
- Nie ma rzeczy niemożliwych - dodał.
Spojrzałam na niego i zauważyłam ze znowu nie miał ulizanych włosów do tylu a jego loki były w małym bałaganie jakby zdane na czynniki naturalne.
- Mam coś na twarzy? - spytał, a ja się zaśmiałam.
- Wybacz, wyglądasz inaczej - odpowiedziałam powracając do swojego posiłku.
- Lepiej czy gorzej?
- Wyglądasz inaczej z lokami. - nawinęłam na palec jego włosy i zaśmiałam się.
- Nie lubię ich. - rzucił i odsunął głowę od mojej dłoni. - Nie lubię być dotykany.
- Przepraszam. - powiedziałam spoglądając na niego przepraszająco. - Nie wiedziałam.
- Po prostu złe wspomnienia. - puścił mi oczko.
Pomimo, że się z nim znałam to ukrywał przede mną wiele rzeczy. Choć, wcale mu się nie dziwie, sam nie wie o mnie dość dużo. Mam zbyt mało odwagi, by powiedzieć mu, że moja rodzicielka zostawiła mnie na pastwę losu w pociągu. Na samą myśl, łzy napływały mi do oczu.
- Connie, przepraszam - powiedział łapiąc mnie za dłoń.
Nic nie odpowiedziałam przez co zaczął kreślić kolka swoimi kciukami na mojej skórze.
- Nie przepraszaj - wydukałam i biorąc swoją tace, ruszyłam ku wyjścia.
Łzy wypełniły moje oczy. Wspomnienia wróciły jak poparzone. Wpadłam na kilka ludzi, na których nie przykuwałam uwagi. Ruszyłam prosto do swojego pokoju, ale ktoś zdążył mnie pociągnąć za rękę przez co stanęłam twarzą w twarz z Marcel'em.
- Co przede mną ukrywasz ? - czułam jego oddech na swoich policzkach.
- Marcel, to boli. - spojrzałam na jego dłoń, która zaciskała się na moim nadgarstki. - Przerażasz mnie. Z moich oczu pociekły łzy, a ja poczułam jak ktoś nami szarpie.
- Odsuń się od niej! - Malik stanął twarzą w twarz z Marcel'em, zasłaniając mnie swoimi ramionami.
- Ja nic nie zrobiłem, to sprawa miedzy nami - wytłumaczył Marcel.
- To wyglądało inaczej - powiedział Malik groźnie patrząc prosto w oczy mojego przyjaciela.
- Nic pan nie wie! - wykrzyczał. Coraz więcej osób zaczęło się interesować dana konwersacją.
- Wiem więcej niż ci się wydaje - odbił piłeczkę. - Nie chce cię więcej widzieć w jej towarzystwie.
- Nie będzie mi pan mówił co mam robić - oznajmił stanowczo Marcel.
Sytuacja stała się coraz bardziej napięta. Nie wiedziałam co mam zrobić. Byłam wdzięczna, że Malik stanął miedzy nami bo mogłam uniknąć konwersacji z Marcel'em, ale na myśl o tym, że już nigdy go nie mogę zobaczyć sprawiła, że poczułam pustkę. On był jedyna osoba z która mogłam porozmawiać o wszystkim. Dosłownie. Nie chciałam tego stracić mimo atmosfery sprzed kilku minut.
- Nie może pan mówić co możemy a czego nie! - podniosłam głos.
- Kochaniutcy, spokój. - podeszła do nas pani Harrison - Nie róbcie tutaj cyrku. Chodźcie - wskazała dłonią w stronę gdzie znajdował się jej pokoik.
Kiedy znaleźliśmy się tam znajdowaliśmy usiedliśmy na kanapie i próbowaliśmy uspokoić się.
Czułam się dziwnie w towarzystwie Malik'a, choć rozluźniona z powodu Marcel'a.
- Słucham.. - wytężyła słuch czekając na naszą odpowiedz.
- Słucham co? - Malik był nadal poddenerwowany i złośliwy nawet dla tej bezbronnej kobiety.
- Ja z Connie po prostu rozmawialiśmy i stoczyliśmy na delikatny temat, dlatego ona płakała. Nic złego nie zrobiłem.. - tłumaczył się Marcel z bólem w głosie.
- Chciałeś podnieść na nią rękę! - wtrącił pan profesor.
- Nic pan nie wie - skomentowałam przez co na mnie spojrzał.
Znowu ten sam strach. Ten człowiek działał na mnie gorzej niż jakikolwiek koszmar z dzieciństwa.
- Zayn kochanie, ogarnij się proszę. - powiedziała kobieta. - Idźcie stąd, muszę z nim porozmawiać. - wskazała nam drzwi.
Posłusznie wyszliśmy z pomieszczenia i kobieta zamknęła drzwi.
Miałam nadzieję, że jak najszybciej stamtąd odejdziemy, ale Marcel stanął i przystawił ucho do drzwi.
Zrobiłam dokładnie to co On, ale czułam, że jest to niewłaściwe zachowanie.
-.. Nie rozumiem Cię, Zayn. Powienieś jakoś się zachowywać. Przecież ty ją straszysz. Wystraszyłeś ją i teraz się ciebie boi. Dlaczego to zrobiłeś?
- Nie wiem. Naprawdę.. Może po prostu jest inna i chciałem, żeby zwróciła na mnie uwagę?
- Zayn... Ona jest od ciebie młodsza o 7 lat, Ona mogłaby być twoją siostrą. Nikim innym, rozumiesz?
- Właśnie tego nie rozumiem, bo.. - odsunęłam ucho od drzwi, kiedy ktoś zaczął iść w naszym kierunku, a Marcel jak poparzony zrobił dokładnie to co ja.
Nie rozumiałam sensu jego wypowiedzi. Przecież ta kobieta miała racje. Ba, mogłam ja za to nagrodzić co powiedziała, ale jak zdążyłam zauważyć, pan Malik był bardzo uparty i to przerażał mnie jeszcze bardziej.
- Musze iść - powiedziałam do Styles'a i ruszyłam w przeciwnym kierunku.
- Pójdę z tobą - rzucił.
- Nie - odpowiedziałam nawet się do niego nie odwracając i ze łzami w oczach ruszyłam do swojego pokoju.
Słyszałam jedynie jak nabiera powietrza w płuca, ale się nie odezwał.
Po prostu chciałam pobyć sama. Muszę to wszystko przemyśleć i postanowić coś, cokolwiek.
Wszystko mnie przerażało w tej szkole. Uczniowie, którzy traktowali mnie jak ufoludka. Jak kogoś z nieznanej planety. Może miałam coś na twarzy?
Wpadłam na dach i usadowiłam się na murku odpalając papierosa.
Zaciągnęłam się nim i zaczęłam cicho nucić piosenkę, którą nauczył mnie Bob gdy miałam 7 lat. To właśnie wtedy wszystko wydawało się proste, a jedynym zmartwieniem było, czy mój tato zrobi naleśniki na obiad czy pierogi. Oba dania były przepyszne, ale to właśnie o nie kłóciliśmy się z Louis'em. Ah.. Louis. Mówił, że do mnie zadzwoni, znaczy się na telefon szkolny. Minęło już sporo czasu a On do tej pory jeszcze nie wykonał żadnego ruchu, który pokazałby, że mu zależy. Kiedy miałam 9 lat, Louis był dla mnie przyjacielem. Mówiłam mu wszystko i czułam się fantastycznie w jego towarzystwie. Kiedy to mówił mi, że mnie uwielbia, że jestem dla niego ważna.
Po czasie wszystko się zmieniło. On stał się dla mnie całkiem obcą osobą, jakby obecny dla wszystkich na około prócz mnie. To bolało, przez straconą więź która kiedyś miedzy nami istniała. Z rodzeństwa staliśmy się dla siebie obojętni. Czułam pustkę, tak samo jak teraz, kiedy byłam bliska straty Marcel'a. Zależało mi na tym, aby utrzymywać z nim kontakt. Otworzyłam się przed nim i teraz mogę tego żałować. Za szybko zaufałam i teraz go odstraszyłam, jak mam w zwyczaju. Odrzucam tych, którzy sprawiają ze czuje się dobrze.
Usłyszałam kroki za sobą, kiedy akurat wyrzuciłam niedopałek papierosa przez mur.
- Marcel, mówiłam ci coś - łzy staczały się po moim policzku, kiedy młody chłopak usiadł na przeciwko mnie i się we mnie wpatrywał, a zachodzące słońce idealnie odbijało się o jego jasna cerę.
- Skarbie, nie chcę żebyś płakała. I to w dodatku przeze mnie. Przepraszam Cię, za wszystko. - uniósł mój podbródek i spojrzał w moje oczy.
Jego szmaragdowe źrenice, wyglądały jakby ktoś ukradł kolor trawy latem i pokolorował je. Jakby ktoś chciał całe piękno zamknięte w słońcu włożyć do jego pięknych oczu. Tak zdecydowanie miał piękne oczy, w których można by się zakochać. Dla których można by zrobić wszystko.
No właśnie.. Czy ja chciałam robić dla nich wszystko?
- Connie.. Przepraszam za wszystko. Za wszystko co zrobiłem, czego nie zrobiłem i co zrobię. Jestem człowiekiem i po prostu popełniam błędy bezmyślnie.. To jest odruch bezwarunkowy.
- Ale ja cię o nic nie winię, Marcel. Po prostu wydaje mi się, że mogę cię stracić, a tego nie chcę. Jesteś dla mnie zbyt ważny, bym pozwoliła ci odejść.
Chłopak nic nie odpowiedział, tylko wpatrywał się we mnie przez dłuższa chwilę, po czym jego usta złączyły się z moimi.
Najpierw delikatnie, jakby sam czekał czy go odepchnę czy mu odpowiem. Samoistnie wybrałam drugą opcje i wplotłam palce w jego włosy, pogłębiając pocałunek. Marcel przyciągnął mnie bardziej do siebie, łapiąc w talii i nie odrywał się ode mnie póki nie brakło nam tchu.
Odsunęłam się pierwsza, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego.
- Przep.. - zaczął.
- Za często mnie przepraszasz - przerwałam mu.
- Bo mi zależy - odpowiedział wciąż patrząc w moje oczy.
- To źle.. - powiedziałam - Mówiłam ci, żebyś się we mnie nie zakochał. Jestem trudna do zrozumienia. - szepnęłam, po czym wróciłam myślami do czasu kiedy zaprzyjaźniłem się z Marcel'em.
"- Przyjaciele?
- Tak, Marcel. Ale pamiętaj.. Nie zakochaj się we mnie. Nie jestem tego warta. A ty jesteś fantastycznym chłopakiem - uśmiechnęłam się."
- Człowiek nie panuje nad swoimi uczuciami. - rzucił i uśmiechnął się czarująco.
- Nie możemy być razem, Marcel. Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę? - zapytałam.
- Wiem. Wiem. - napiął swoje mięśnie, co dało się zauważyć.
Wtuliłam się w jego klatkę piersiową i cicho westchnęłam.
- On wszystko utrudnia - powiedziałam cicho, jednak wystarczająco aby to do niego dotarło.
- Wiem - odpowiedział mi smutnym tonem, przez co się uniosłam, a w jego oczach widziałam tylko ból i cierpienie.
- Czy nie chciałabyś się z tym kryć? Żyć w tajemnicy? Zaryzykować? - zaczął mi zadawać pytania, tworząc mętlik w mojej głowie.
- To się nigdy dobrze nie kończy - skomentowałam.
- Każdemu w życiu potrzebna jest odrobina adrenaliny - oznajmił pewny swoich słów.
- Nie umiem kłamać, Marcel. - skrzywiłam się i oblizałam usta. - Naprawdę, nie chcę przez to przechodzić. Nie teraz. - dodałam, a On ucałował mnie w głowę.
- Damy radę. - odparł. - Musimy się zbierać, na obiad.
Wstałam z miejsca i ruszyliśmy do wyjścia. Szybko wydostaliśmy się na korytarz i zamknęliśmy drzwi na strych. Nikogo nie było na trzecim piętrze, co nam się poszczęściło, więc odetchnęliśmy z ulgą.
Jak zwykle odebraliśmy nasz posiłek od kucharki i usiedliśmy na naszych miejscach jedząc w ciszy.






trzeci rozdział za nami. jak się podoba? wszystko się powoli zmienia, ale jak widać wciąż nie dotarliśmy do punktu kulminacyjnego, który totalnie rozpierdoli Was wewnętrznie. jakoś w najbliższym czasie powinien pojawić się zwiastun oraz nowy szablon, pozdrawiam.

KOMENTUJCIE! 


widzimy się za dwa tygodnie.

lots of love xx

niedziela, 22 września 2013

002. too much



Data: 04 wrzesień 2003r.
Miejsce: Horsham, West Sussex

Obróciłam się na drugi bok i leniwie wyciągnęłam dłoń w kierunku budzika postawionego na szafce. Pierwsze co zobaczyłam to kolorowe zamazane cyfry, które jedynie mnie wkurzyły. A zaraz po tym wzrok przystosował się do jasności w pokoju i dostrzegłam, że jest godzina 08:20. Z prędkością światła, zerwałam się z łóżka i rzuciłam w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłabym na siebie założyć.
Wypadłam z pokoju łapiąc torbę i rzuciłam się w stronę części szkolnej, gdzie wpadłam do klasy prawie przy tym upadając na twarz.
- Ba.. Bardzo przepraszam - wydukałam - To się więcej razy nie powtórzy - dodałam i oddaliłam się w kierunku jedynej wolnej ławki na początku klasy. 
Damn it, dlaczego ludzie zawsze zajmują te najlepsze ławki i siadają na szarym końcu? 
Poczułam na sobie wzrok Zayn'a, kiedy jeszcze rozpakowywałam książki. 
Zażenowana, udawałam ze szukam czegoś w torbie, do czasu kiedy on nie kontynuował swojego monologu. 
- Tematem dzisiejszej lekcji jak mówiłem, jest mitologia. Przeczytajcie proszę teraz dany mit na stronie 12 - dodał i znów na mnie spojrzał, kiedy ja z powodu trzęsących się rąk, nie mogłam otworzyć swojej książki.
Nie mogłam się uspokoić i nawet nie miałam pojęcia czy jest to spowodowane tym, że mój profesor się na mnie wciąż patrzył, czy tym, że zmęczyłam biegnąc tutaj.
- Grecki mit o powstaniu świata.. Richards, Richards Carmen. - powiedział a całe moje ciało zaczęło się trząść, a umysł przestał funkcjonować.
Nawet tego nie przeczytałam! Byłam z byt pochłonięta myśleniem o tym, czego on chce a teraz każe mi coś opowiedzieć. Czego nie znam?
Może kiedyś to przerabiałam? Szybko prze ilustrowałam wspomnienia szkolne po czym westchnęłam. 
- Ten mit opowiada o tym jak powstał świat według mitologii, a dokładniej..
- To już wiemy, panno Richards - przerwał mi groźnie, znowu ilustrując mnie wzrokiem. 
Spojrzałam w dół na tekst, ale nic mi nie wpadało w oko co byłoby idealna odpowiedzią na jego pytanie. 
Mijały sekundy, a ja czekałam na swój wyrok śmierci. Czułam jak moje ciało przelewa strach i wstyd. 
- Szkoda mi czasu na Panią, proszę zostać po lekcji - powiedział do mnie stanowczo, a ja tylko kiwnęłam niepewnie głową i schyliłam ją ku książce.
Jak Louis mógł mnie tutaj zostawić? Nienawidziłam go za to, ze postawił mnie w takiej sytuacji. Skazał na tak wielka porażkę. Przez to, był teraz dla mnie nikim.
Mijały kolejne minuty i jak na złość lekcja minęła strasznie szybko. Nadchodziła chwila grozy, kiedy to będę musiała zostać z nim sam na sam w klasie. 
Dzwonek zadzwonił, a wszyscy uradowani wyszli z klasy. Zaczęłam zbierać swoje rzeczy z nadzieją, że może uda mi się przemknąć.
- Richards, proszę pannę o zostanie. - powiedział nawet nie patrząc w moją stronę.
Chciałam powiedzieć mu, że miałam taki zamiar, ale doskonale wiedziałam, że ten facet jest nieobliczalny. 
Drzwi zamknęły się za ostatnim uczniem, a ja nagle przestałam oddychać.
- Carmen, oddychaj. - usłyszałam jego głos. 
Stał za mną, za moimi plecami, kiedy ja przyglądałam się zamkniętym drzwiom.
Odwróciłam się przerażona kiedy on znowu przeszywał mnie wzrokiem. Tym samym wzrokiem co zawsze. 
Tym co mnie przerażał. 
- Co mam z tobą zrobić, Carmen? - spytał patrząc mi się prosto w oczy.
- Prze.. przepraszam - wydukałam przez strach który ogarnął moje ciało, a on się krótko zaśmiał. 
- Myślę, że mam dla ciebie idealną karę. Żebyś nauczyła się słuchać i uważać na moich lekcjach - uśmiechnął się. 
Wygrał. Widział jak się go boje i miał z tego satysfakcję.
Odwrócił się i podszedł do biurka po czym wyciągnął kartkę i mi ją podał. 
- To dla ciebie. - uśmiechnął się - Na jutro. - odwrócił się i po prostu wyszedł z klasy.
Kiedy wyszłam z całego tego szoku usiadłam na ławce i wzięłam głęboki oddech.
Ten człowiek stawał się coraz bardziej wkurzający i niebezpieczny. Naprawdę nie miałam siły by za nim biec i mówić, że na to nie zasłużyłam. 
Przez resztę popołudnia chodziłam z kartką w ręku i otrząsałam się z szoku. Po ostatniej lekcji spojrzałam na nią i to co tam zastałam było dla mnie jak wielki kop w dupę. 
Przeczytałam zadanie kilka razy jakbym za każdym kolejny spodziewała się czegoś innego, nie tak tragicznego. 
Wróciłam do swojego pokoju, gdzie na szczęście nie było Taylor i szybko wpisałam dany temat do swojego małego laptopa, którego dosłownie przemyciłam. 
Żadnych wyników. Żadnej pomocy wujka Google czy chociażby głupiej książki na ten temat. Byłam na przegranej pozycji już od pojawienia się tutaj. 
Wstałam od biurka i ruszyłam w stronę drzwi. Kiedy je otworzyłam moim oczom ukazała się moja wredna współlokatorka. 
- Jak dobrze, że wychodzisz. - rzuciła przechodząc obok mnie i lekko popychając. 
Przewróciłam oczami i wyszłam z pokoju. Z wielką łatwością znalazłam się w części szkolnej i stałam przed drzwiami do jego klasy. Właściwie nie wiedziałam co ja tu robię, ale to było jedyne dobre rozwiązanie. 
Wzięłam głęboki oddech przed wejściem do pomieszczenie i zapukałam dwa razy.
- Proszę wejść - powiedział spokojnym tonem. 
W zasadzie po raz pierwszy słyszałam go tak pogodnego i nadzwyczajnego, ale strach i tak wyżerał mnie od środka. Uchyliłam drzwi, a kiedy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się zadziornie i odłożył jakieś papiery na biurku.
- Kogo my tu mamy - skomentował wpatrując się we mnie.
Znowu się zaczyna. 
- Coś się stało, panno Richards? - wstał od biurka. 
Miałam ochotę powiedzieć, że nie i, że pomyliłam klasy ale musiałam się dowiedzieć jak mam wykonać te beznadziejne zadania i oczywiście czego on ode mnie chce. 
- Chciałam.. - zaczęłam kiedy on podszedł bliżej mnie i zamknął za mną drzwi. 
Nawet nie zdałam sobie sprawy, że przestałam oddychać. 
- Oddychaj Connie. - wyszeptał i delikatnie chwycił moją dłoń. 
Przełknęłam głośno ślinę, kiedy on intensywnie na mnie patrzył. 
- Chyba jednak pomyliłam klasy - wymamrotałam, a on się głośno zaśmiał kiedy planowałam się odwrócić. 
- Jeszcze nikt tak szybko ode mnie nie uciekł, panno Richards - zbliżył się do mnie, kiedy ja odwróciłam się i chciałam wyjść. - Zadziorna jesteś, podoba mi się to - powiedział za moimi plecami. - Ty też mi się podobasz - szepnął mi do ucha, przez co dreszcz przeszedł przez moje ciało. 
Zaciął swój ucisk i obrócił mnie o 180 stopni, tak że stałam do niego przodem.
Zamarłam.
Czułam się jak dziecko, które trzeba trzymać by nie upadło.
- Moim celem jest sprawianie przyjemności.* - jego dłoń zupełnie niespodziewanie znalazła się na moim biodrze. - Moja. - powiedział słabym głosem, po czym odsunął się ode mnie.
Jego oczy przybrały kolor czarny, co mnie przestraszyło. Spięłam wszystkie swoje mięśnie, a dłonie zacisnęłam w pięści.
Szybko poprawił kołnierzyk swojej śnieżnobiałej koszuli i zacisnął szczękę. 
Pomimo, że tak bardzo go nienawidziłam w tym momencie wyglądał cholernie seksownie.
Zaśmiał się cicho pod nosem, co znaczyło, że wież iż ma nade mną przewagę. 
Cieszył się z tego, że się go boje. 
- Służę pomocą, Carmen - przerażał mnie tym, że znał moje prawdziwe imię. 
Ten człowiek cały był przerażający i przyprawiał mnie o strach. 
- Chyba muszę iść - wydukałam słabym głosem. 
- Panie profesorze.. - wzięłam oddech - Muszę iść rozprawić się z pracą domową. - powiedziałam na jednym wydechu i spojrzałam twardo w jego oczy.
Nie mogłam udawać, że wszystko jest dobrze, ale w tym momencie to było jedno z najlepszych rozwiązań. 
Wyrwałam dłoń z jego uścisku i cisnęłam w niego pracą domową, którą dał mi na papierze. 
- Do widzenia - rzuciłam i wybiegłam z klasy kierując się gdziekolwiek.
Czułam jak łzy gromadzą się w moich oczach, ale nie mogłam tego pokazać iż wzrok każdego był skierowany w moja stronę.
Cholerna szkoła. Cholernie miejsce. Pieprzony Louis, który raczył mnie tu zostawić. 
Wróciłam do swojego pokoju, gdzie przebywała Taylor ze swoimi przyjaciółkami i wymieniały krótkie uwagi na temat mojego wyglądu, ale teraz się tym nie przejmowałam. Wyciągnęłam czarny portfel z torby i znowu opuściłam pomieszczenie. 
Nie miałam gdzie się skierować. Wszędzie spacerował ktoś, kogo uwagę przyciągałam.
Skręciłam w ciemny korytarz i zauważyłam czarne, metalowe drzwi. Zamknięte. 
Rozejrzałam się i zauważyłam wycieraczkę. 
Jacy oni wszyscy naiwni. 
Sięgnęłam po klucz, który znajdował się pod wycieraczką i szybko przekręciłam zamek. 
Zauważyłam ciemne, małe pomieszczenie gdzie znajdowały się kolejne drzwi. 
Ruszyłam długimi schodami w górę i szybko znalazłam się na dachu. 
Idealnie. Wyciągnęłam z portfela Malboro i szybko odpaliłam jednego.
Zaciągnęłam się nikotyną i usiadłam na murku.
- Niegrzeczna. - usłyszałam czyjś głos za swoimi plecami.
Moje serce zaczęło szybciej bić, a w gardle utworzyła się wielka gula.
Przełknęłam ślinę i się odwróciłam.
Przede mną znajdował się Marcel, który wyglądał zupełne inaczej niż wtedy kiedy poznałam go na stołówce.
Z nosa zniknęły jego ogromne okulary, a włosy wyglądały jakby dopiero wyszedł spod prysznica. 
Dosłownie, kapała z nich woda, która odbijała się od jego ciuchów i spadała na ziemię.
- Nie twój zasrany interes. - powiedziałam, choć nigdy do nikogo się tak nie odzywałam. 
Nigdy nie lubiłam być chamska wobec ludzi.
- Wybacz, nie chciałem cię urazić - usłyszałam kiedy ja ponownie zaciągnęłam się dymem. 
- To ja przepraszam - podszedł do barierki. - Ta szkoła jest do kitu - skomentowałam a on krótko się zaśmiał, przez co złowrogo na niego spojrzałam. - To dla ciebie zabawne? 
- Tak, bo nie rozumiem dlaczego tu przyjechałaś skoro tak uważasz - stanął obok mnie, a ja dopiero teraz zwróciłam uwagę, że jego zawsze ulizane włosy stają się teraz kręcone, a jego tęczówki są koloru zielonego. 
- Dlaczego tu przyjechałam? Wybacz, ale ja tutaj sama nie przyjechałam. Nawet nie chciałam wyjeżdżać z mojego rodzinnego miasta, a nagle znalazłam się na drugim końcu Wielkiej Brytanii w jakimś więzieniu.
- Może jest tutaj strasznie, ale.. - zaciął się, a ja doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że szuka czegoś miłego co mógłby powiedzieć na tą szkolę. 
- Widzisz. Sam szukasz czegoś by wytłumaczyć mi, że nauka w tej szkole dobrze mi zrobi, ale jakoś nie koniecznie coś się znajdzie. Co nie? - zakpiłam. - Wybacz, ale naprawdę nie mam ochoty na słuchanie kłamstw. Zawsze je słyszałam od swojego przyrodniego brata, że jestem dla niego ważna. Wtedy przywiózł mnie tutaj. - zaśmiałam się.
- Musi być prawdziwym dupkiem - skomentował. 
- O tak, i samolubnym idiotą - dodałam przez co ponownie się zaśmiał, tak samo jak ja. 
- Co cię tu sprowadza? - zaczęłam kolejny temat i wywaliłam szluga za mur budynku. 
- Lubię tu przebywać, ale w sumie to poszedłem za tobą, bo widziałem, Że wchodzisz do mojego raju. Musiałem sprawdzić co tu robisz. 
- Musiałam się rozluźnić.. - spuściłam wzrok.
- Czemu? Aż ta mocno dołuje cię to miejsce? - czułam jak jego wzrok przesuwa się po całym moim ciele.
- To profesor Malik.. 
- Tak, potrafi być na prawdę okrutny.. - przerwał mi. 
- On się do mnie przystawiał, Marcel - dodałam czując łzy w oczach, a on na mnie spojrzał zszokowany, więc kontynuowałam. - Powiedział, że mu się podobam...
- Nie dziwie się. Jesteś śliczna, zwrócił na ciebie uwagę - nie wiedziałam czy odebrać to jako komplement więc tylko mocno się w niego wtuliłam, a on mnie objął. 
- Ucieknijmy stad - zaproponowałam przez co znowu się zaśmiał.
- Musze tu być, Connie - powiedział a ja się odsunęłam.
- Dlaczego? 
- Ponieważ mam problemy. Rodzinne. Wolę siedzieć tutaj i uczyć się, niż siedzieć w domu i słyszeć krzyk mamy, która woła o pomoc. Mój ojciec jest brutalem, Connie. Dla niego nie ma granicy bezwzględnej. On uwielbia ból i widzieć kiedy ktoś cierpi, pomimo, że to własnie dzięki niemu teraz istnieje. 
Nienawidzę go i gardzę tym człowiekiem. - powiedział jakby na jednym wydechu, a ja mocniej się w niego wtuliłam, jakby ten uścisk mógł pomoc mu w jakikolwiek sposób.
- Nie spodziewałam się, że znajdę tutaj kogoś podobnego do mnie - skomentowałam. 
- Cieszę się, że cię spotkałem - dodał, a ja się uśmiechnęłam. 
- Ja też. 
Odchyliłam się od niego i spojrzałam w jego zielone tęczówki.
- Czas wracać, bo zauważą naszą nieobecność. Poza tym, zaraz będzie obiad - przypomniał mi przez co głośno westchnęłam. 
Ruszyłam w kierunku wyjścia, pociągając go za sobą. 
- Nie będzie to czasem źle wyglądać, kiedy wyjdziemy stąd razem? - spojrzał się na mnie, a ja głośno się zaśmiałam.
- Tutaj jedynie chodzi o twoja sławę, że zadajesz się z pierwszoklasistką. Twój problem, nie mój - pchnęłam drzwi by wyjść na korytarz gdzie na szczęście nikogo nie było.
- Upiekło nam się - powiedział, a ja szybko puściłam jego dłoń by nie wyglądało to zbyt dziwnie.
Zeszliśmy razem do stołówki, gdzie wszystkie oczy jak jeden mąż spojrzały w naszą stronę.
Wywróciłam oczami przewrażliwiona na temat ludzkiej opinii i ruszyliśmy w stronę kuchni gdzie po drodze wzięliśmy sobie tacę i ze spokojem czekaliśmy na swoją kolej. 
- Całkiem inaczej wyglądasz bez okularów - odwróciłam się, chwaląc swojego przyjaciela. 
- Mam to odebrać jako komplement? - spytał niepewnie przez co się zaśmiałam.
- Po prostu powinieneś podziękować. - powiedziałam i dźgnęłam go palcem w żebra.
- Dziękuję. - zaśmiał się.
- ¡hola! Co podać młoda damo. - starsza kucharka uśmiechnęła się do mnie.
- A co dzisiaj jest?
- Gniecione patatas** z gulaszem, bądź espaguetis***
- Wezmę espaguetis - powiedziałam dumna, znając hiszpański.
- A dla ciebie młodzieńcze. - kobieta podała mi talerz i zwróciła się do Marcela.
- To co zwykle, proszę pani.
Kucharka podała mu talerz spod lady i ruszyliśmy do wolnych stolików.
W drodze zdążyłam zwrócić uwagę na jego talerz na którym znajdowały się warzywa, ryż oraz coś co wcale nie przypominało mięsa.
- Jesteś... wegetarianinem? - spojrzałam na niego spod byka.
- Nigdy nie lubiłem mięsa. - powiedział siadając na miejscu.
Zajęłam je tuż obok niego pociągając łyk soku pomarańczowego, który chwyciła odchodząc od bufetu.
- Skąd znasz tutejsza kucharkę?
- To pani Narváez. Zazwyczaj jemy razem w święta. Jest dla mnie jak babcia. - uśmiechnął się.
Kiwnęłam głową w geście zrozumienia i zabrałam się za jedzenie gorącego dania, które było bardzo smaczne jak na szkolną kuchnię. Zjadłam wszystko bez zarzutów, z czym zawsze miałam problem i czekałam aż Marcel wyczyści swój talerz. W pewnym momencie do stołówki weszła moja cudowna współlokatorka ze swoimi przyjaciółkami. Wywróciłam oczami kiedy blondynka akurat spojrzała w moim kierunku.
- Nie przejmuj się nią. - wyszeptał. Marcel. - Mogę ci jedynie powiedzieć, że zawsze możesz iść do pani Harrison i porozmawiać z nią o tym, czy nie mogłabyś się przenieść. Jestem na sto procent pewny, że znajduje się gdzieś wolny pokój, bądź przynajmniej wolne łóżko. Nawet w sprawie profesora Malik'a możesz do niej iść. Ona zawsze wysłucha. - uśmiechnął się wstając do stołu.
Również to zrobiłam, a Marcel chwycił mój talerz, dając mi znak, że odniesie go za mnie. 
- Gdzie mogłabym ją znaleźć? - powiedziałam kiedy kierowaliśmy się w stronę wyjścia ze stołówki.
Marcel poprowadził mnie do wejścia na sale gimnastyczna co mnie zaskoczyło bo pokoje były w druga stronę, ale on razu złapałam o co chodzi, kiedy po korytarzu błąkała się starsza pani w zielonym fartuchu, która kiedy tylko ujrzała Marcel'a zaprzestała swojej czynności i podeszła do nas z wielkim uśmiechem na twarzy. 
- Marcel, dobrze cię znowu widzieć - przywitała się. 
- A ty pewnie jesteś Connie, prawda? - spojrzała na mnie, a ja kiwnęłam głowa. 
- Marcel mi wspominał wczoraj o Tobie, ale nie spodziewałam się, że możesz być jeszcze ładniejsza od obrazu jaki mi dawał przez swoje opowieści.
- Dziękuję.. - zacięłam się - Chyba. - dodałam. - Chciałabym się dowiedzieć czy jest możliwe bym przeniosła się do innego pokoju. Jestem z.. 
- Taylor. - powiedziała za mnie a ja ani trochę się nie przestraszyłam.
Ta kobieta znała tą szkołę jak własną kieszeń.
- Chodźcie zrobię Wam herbaty. - uśmiechnęła się.
Zaprowadziła nas do swojego pokoju. bądź mieszkania i po zrobieniu nam gorącego napoju usiadła na fotelu, trzymając w dłoni stos plików.
- Connie. Znajdzie się wolne miejsce. Dla ciebie zawsze. - uśmiechnęła się.- Pokój tuż obok pokoju Marcela, co ty na to? Może wiecie.. - uniosła brwi - Coś was połączy. Jakiś projekt z fizyki albo coś - zachichotała. 
- Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi - powiedziałam z chytrym uśmiechem na twarzy. 
- Każdy tak mówił - skomentowała.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu i ujrzałam, że na swoich jasnych drzwiach miała wywieszone rożne zdjęcia młodych ludzi o których to zaczęła opowiadać rożne historie. Słyszałam o dziewczynie która miała problemy ze swoim ciałem, parę ludzi takich jak ja i Marcel, a nawet słyszałam jedna anegdotę o swoim nauczycielu, panu Malik'u na którego wspomnienie przeszły mnie ciarki.
- A więc kiedy najszybciej mogłabym cię przenieść? - spytałam.
- Teraz musisz iść od swojego wychowawcy i poinformować go, że chcesz zmienić pokój. Musi wyrazić na to zgodę. - powiedziała.
Czas nagle czas się zatrzymał. 
Iść do wychowawcy? To oznaczało, że muszę stanąć twarzą w twarz z panem Malik'iem.
- A nie da się tego załatwić jakoś tak bez tego całego pójścia do wychowawcy? - powiedziałam odstawiając pustą szklankę na stoliczek.
- Wybacz mi Connie, ale profesor Malik musi wyrazić zgodę na zmianę twojego miejsca. Choć wcale nie mam pojęcia dlaczego takie są procedury. Jeśli skoczysz do niego jeszcze dzisiaj, będziesz mogła się zacząć przeprowadzać. Ufam, że Marcel ci pomoże. To bardzo dobry chłopak. - uśmiechnęłam się dotykając mojej dłoni.
Naprawdę nie chciałam iść do niego. Tym bardziej sama.
- Mogę iść z tobą, Connie. Jeśli chcesz. - powiedział Styles i poprawił się na swoim miejscu.
Spojrzałam na niego zastanawiając się czy bardziej niebezpieczne będzie pokazanie się tam w jego towarzystwie czy spotkać się z panem Malik'iem sam na sam. 
- Lepiej będzie jeśli załatwię to sama, ale nie odmowie pomocy w przenoszeniu się i pokazanie mi miejsca - uśmiechnęłam się. 
- Jesteś tego pewna? - spytał, a ja zapomniałam, że starsza kobieta wciąż nas słucha więc nie chciałam nic więcej mówić. 
- Tak - uścisnęłam jego dłoń a na jego twarzy pojawił się cień wahania, jednak nie mogłam go narażać na takie ryzyko. 
Wolałam myśleć ze Malik wyżywa się na mnie, nie na nim który i tak już za dużo wie o przemocy z własnego doświadczenia.
- Dziękujemy za herbatę. - powiedziałam wstając ze swojego miejsca. 
- Nie ma za co. Zawsze możecie tutaj przyjść, jeśli będziecie szukać pomocy. - kobieta mocno mnie do siebie przytuliła. 
Wyszliśmy od starszej kobiety i skierowaliśmy się w stronę klasy gdzie miałam nadzieję, że znajdował się tam, ten człowiek. Marcel został przed klasą, a ja weszłam do niej bez pukania. 
Niespodzianka, pedofilu! 
- Przepraszam, chciałabym tylko powiedzieć... - wzięłam oddech. 
Zastanawiałam się,  czy powiedzieć mu, że przenoszę się nawet bez jego zgody czy się spytać.
- Wiedziałem, że szybko do mnie wrócisz - uśmiechnął się szyderczo. 
- Chciałam tylko powiedzieć, że przenoszę się do innego pokoju. 
- Jaka stanowcza - wstał ze swojego miejsca i podszedł do mnie bliżej, przez co zaczęłam czuć jego oddech na mojej skórze kiedy znajdował się tylko kilka centymetrów od mojej twarzy.
- A teraz przepraszam, ale chcę przenieść się jeszcze dzisiaj. - powiedziałam i odwróciłam się od niego. Chwycił mnie za nadgarstek. 
- Ja i tak cię znajdę. Nie ważne czy przeniesiesz się do innego pokoju czy na drugi koniec akademiku. Znajdę cię. I tak, jesteś moja. - rzucił, a jego oczy przybrały kolor czarny.
Bałam się, cholernie się bałam jego wyrazu twarzy i tego jaki miał na mnie wpływ. Ten człowiek był chory psychicznie. Niewyżyty erotoman. 
- Za dużo ci się wydaje jak na nauczyciela. 




* tekst z książki 50 Shades Of Grey, E. L. James z powodu totalnego bzika nancy na punkcie tej książki
** ziemniaki
***spaghetti




hej! to znowu ja, dodaję rozdział ponieważ nasza kochana ronnie troszeczkę narozrabiała. ^^ ale nie będę się Wam spowiadać z jej grzechów :) miałyśmy dodać rozdział wczoraj, ale niestety mamy malutki poślizg. lecz jednak rozdział pojawił się w weekend! następny będzie dopiero za dwa tygodnie, ale mogę powiedzieć, że już w przyszłym pojawi się nowy na soul-with-harmony na który również zapraszam! polecajcie tego blog'a innym. im więcej zainteresowanych życiem Connie tym większe prawd prawdopodobieństwo rozdziałów dodawanych w mniejszych odstępach czasowych ^^ dla Was to jeden tweet a dla nasz większy uśmiech na twarzy.



KOMENTUJCIE!






lots of love,
nancy.

sobota, 7 września 2013

001. young and beautiful



Data: 01 wrzesień 2003r.
Miejsce: Horsham, West Sussex

Wzięłam oddech wyciągnęłam słuchawki z uszu. Po przejechaniu przez wielką  bramę znaleźliśmy się na jakiejś nieznanej mi posesji z niezliczoną ilością kamer, które wcale nie były jednym z tych rzeczy, które mnie przekazały. 
Wysoki płot,  porośnięty roślinami. Czułam się jak w jakimś szpitalu, psychiatryku dla osób, które miały problemy ze sobą i swoim otoczeniem. A prawda była taka, że Louis powiedział,  iż to będzie najlepsze wyjście dla mnie, choć raczej wydawało mi się, że dla niego.
- Carmen..
- Connie! - poprawiłam go zdenerwowana, że ponownie mnie tak nazwał.
- Przepraszam - spojrzał na mnie, łapiąc za kolano w celu wsparcia. 
- To nic nie znaczy - odpowiedziałam, patrząc się w szybę.
- Spójrz na mnie, ten ostatni raz - poprosił z bólem w głosie. 
- Ostatni? Miło, że będziesz mnie tutaj odwiedzał, braciszku - nacisnęłam na ostatnie słowa, wypowiadając wszystko przez zęby.
- Wiesz, że nie robię tego, aby się Ciebie pozbyć - odpowiedział, a ja po raz pierwszy na niego spojrzałam ze złością wypisaną na twarzy.
- Wiesz, że Twoje słowa są dla mnie nic nie warte - oznajmiłam i otworzyłam drzwi od swojej strony, nie czekając na odpowiedź.
Wypakowałam z pojazdu swoje torby, które wzięłam i pudełko do którego zawsze wkładałam rzeczy, które przypominały mi o tym co się działo w moim życiu.
- Żegnaj Louis. - schyliłam głowę do okna i spojrzałam na swojego przyrodniego brata.
Po śmierci Bobb'iego, wszystko się zmieniło. Byłam mu cholernie wdzięczna, że to 
Ona uratował mnie przed śmiercią w pociągu, kiedy to kobieta, która mnie urodziła właśnie tam mnie zostawiła. 
Bo mamą to ja jej nie mogę nazwać.
Bobby jeszcze przed zamknięciem oczy powiedział Louis'owi, by się mną opiekował i traktował jak siostrę, lecz z czasem dowiedziałam się, że byłam po prostu utrapieniem. I kiedy Tomlinson dowiedział się o tej szkole z internatem od razu zadecydował by mnie tu wysłać. 
W moich oczach zebrały się łzy. Nie należałam do tych dzieci, które mają wszystko, co sobie zapragną. Nie należałam do tych dzieci, którzy za sprawą rodziców znajdują się w najlepszych szkołach, klubach czy mają firmowe ciuchy z butików dookoła świata. Byłam ich przeciwieństwem. 
Wzięłam głęboki oddech i zadzwoniłam do dzwonka, który znajdował się obok furtki.
- Dobry wieczór, słucham? - usłyszałam gruby, męski głos.
- Connie Richards, miałam na dzisiaj umówiony przyjazd - przedstawiłam się, a mężczyzna bez odpowiedzi otworzył mi furtke, co wywnioskowałam po charakterystycznym dźwięku wydobywającym się z słuchawki.
Mocno ją pchnęłam i wkroczyłam na teren wroga. 
Teren, którego nie znałam i bałam się poznać.
Mocniej ścisnęłam rączkę walizki i zamknęłam furtkę, kierując się na przód. 
Kiedy dostrzegłam wielki ciemny budynek, niczym z horroru poczułam jak dreszcze przechodzą po całym moim ciele. Instynktownie podrapałam się po nodze i wzięłam oddech. 
Powietrze było tutaj inne niż to w Blandford. Cięższe i jakby zapełnione czymś, czym nie mogłam nazwać rześkim. 
Przerażał mnie fakt, że nikogo tu nie znałam i jedyną drogą ucieczki była ta furtka, która otwierała się tylko gdy ktoś nacisnął przycisk. 
Zero kontaktu ze światem. Zero telefonów i brak internetu. Gorzej być przecież nie może.
Otworzyłam drewniane, wielkie drzwi przede mną i pierwsze co ujrzałam to staromodny, klasyczny styl przełożony ciemnymi kolorami. Na przeciwko mnie znajdowło się jakieś wejście do pomieszczenia, a po jego bokach rozchodziły się schody, które każde z nich prowadziły w innym strony korytarza. 
Cudownie. Miałam tu przeżyć 3 lata, a już czuję się jak w więzieniu.
- Dzień dobry - jakiś młody, radosny, starczy mężczyzna przywitał mnie nadmierną ilością entuzjazmu, co nieco mnie przestraszyło.
- Cześć - odpowiedziałam. - Jestem Connie, zostałam tutaj zapisana przez swojego brata - przedstawiłam się.
- Witaj. Jestem Eric. Dozorca, który pilnuje by nikt stąd nie wychodził.
Aha.. Czyli to ten gościu odpowiedzialny jest za furtkę. Wystarczy go uwieźć, czyż nie?
- Chodź pokażę Ci twój pokój. - powiedział, biorąc ode mnie torbę i kierując się w stronę schodów.
Tak jak mi się zdawało, co mnie przeraziło, mój pokój był na samej górze. Nie koniecznie był On mój, bo gdy Eric otworzył tylko drzwi ujrzałam piękną, długonogą blondynkę, która leżała na łóżku.
- Do zobaczenia na kolacji. - powiedział chłopak i po prostu wyszedł, zostawiając mnie z jakąś nieznajomą w czterech ścianach.
- Taylor jestem. - rzuciła jedynie wracając do swojej przerwanej czynności.
- Ja Connie - odpowiedziałam również mało zadowolona tym, że muszę dzielić z kimś pokój. - Wybacz, ale czy mogłabyś wziąć te torby z mojego łóżka? - spytałam, kiedy kilka przezroczystych toreb leżało na białym materacu. 
Moja współlokatorka wstała głęboko wzdychając, rzucając magazyn obok siebie i podeszła do mnie zbierając swoje rzeczy na podłogę po 'jej stronie' pokoju. 
- Dziękuje - powiedziałam sztucznie i rzuciłam swoją walizkę na łóżko. 
Będzie ciężko. Bardzo ciężko. Myślałam, że uda mi się tutaj przystosować, ale już ta osoba obok sprawiła, że przyjazd tutaj stał się jeszcze mniej przyjemniejszy.
Usiadłam obok walizki i podparłam się na niej łokciem, próbując się jakoś uspokoić.
- Pierwszy rok? - blondynka nie oderwała się od czasopisma.
- Tak. - rzuciłam. - Ty?
- Drugi rok. Dlatego dziwię się, że jestem z tobą w pokoju. - prychnęła, a ja miałam ochotę zrzucić ją z łóżka.
- Mnie też się nie podoba, że jestem z tobą. - powiedziałam wstając i podchodząc do okna, znajdowało się na samym środku ściany.
- Jakaś łazienka tutaj jest? - spojrzałam na nią.
- Na końcu korytarza. Nie pomyl z pokojem elity. 
Wywróciłam oczami i wyszłam z pokoju, nie zwracając uwagi na więcej komentarzy ze strony mojej współlokatorki.
Dopiero ją poznałam, a już miałam jej dość. Potwornie dość. Czułam, że moją ulubioną częścią dnia tutaj będzie noc, kiedy między mną, a pustą blondynką będzie kompletna cisza. 
Doszłam do końca korytarza, gdzie znajdowały się dwie pary drzwi. Wybrałam te po lewo, czego od razu usłyszałam, kiedy usłyszałam głośne śmiechy, które ucichły po przekroczeniu przeze mnie progu.
- Przepraszam. Myślałam, że to łazienka.
- To źle myślałaś, nowa. - usłyszałam.
Strasznie się zdziwiłam, ponieważ ten pokój był znacznie większy od tego w którym ja muszę się cisnąć z tamtą dziewczyną. 
Pomieszczenie było różowe, i stały tam trzy łóżka. Dwa mniejsze po prawej i lewej stronie, a na samym środku ogromne łózko z białym baldachimem.
To tacy ludzie istnieją? Zawsze oglądając filmy, wydawało mi się, że takie puste laski to jedynie wymysł reżysera i powstały by dogryzać głównej bohaterce.
- Możesz łaskawie stąd wyjść. - odezwała się blondynka w długich włosach, susząc swoje paznokcie pod wiatrakiem.
Wywróciłam oczami niezadowolona ich towarzystwem, ale nie chciałam się wykłócać i już być skreślona z ich listy pierwszego dnia w tym mrocznym miejscu. 
Zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam do łazienki, gdzie wcześniej powinnam się znaleźć. 
Spojrzałam na siebie w lustrze. Lekko podkrążone oczy po długiej podróży, każdy włos odstający w inną stronę i rozmyty tusz do rzęs, który zamiast na rzęsach był na moich powiekach i wcale nie wyglądało to atrakcyjnie. 
Obmyłam twarz zimną wodą, próbując zmyć z siebie wszystkie zmartwienia, jednak to nie odejdzie tak szybko. 
Byłam tu uwięziona przez 3 lata tylko i wyłącznie przez mojego starszego, przyrodniego brata, który nie mógł sobie poradzić z młodą dorosłą pod jednym dachem. Pomagałam jak mogłam. Sprzątałam, gotowałam, pomagałam mu w zakupach, a on nie mógł tego docenić. Po prostu się mnie pozbył.
Opuściłam pomieszczenie i powolnym krokiem ruszyłam przed siebie wzdłuż korytarza. 
To miejsce mnie przerażało. Ciemno zielone ściany z brązowym szlaczkiem, który przekładany był jakby złotą nitką. Rozmieszczenie go było dość dziwne, ale i zapierające dech w piersiach. Okno, drzwi, okno drzwi. Z jednej strony wyglądało to jakby drzwi prowadził donikąd, do miejsca, które mogło by mnie stąd zabrać, ale niestety po chwili wyraźnie zauważyć można jak znajdują się za nimi pokoje. 
Dotarłam do klatki schodowej, z której można było iść prosto przed siebie, gdzie było jeszcze więcej pokoi, bądź na dół. 
- A ty jeszcze tutaj? Już dawno wołali na kolację. - z jednego pokoju wyszła starsza kobieta, która przekręciła klucz w drzwiach i schowała go w spodnie. 
Ta babka coś ukrywa, kimkolwiek jest.
- Trochę się zgubiłam - odpowiedziałam. 
- Do stołówki, koleżanko - zaczepił mnie Eric, ten sam uśmiechnięty chłopak, co przy wejściu. 
Jego entuzjazm mnie przerażał, jak wszystko w tym domu, akademiku, szkole, czy wszystkim, co się tutaj znajdowało i żyło. 
Zeszłam z nimi na dół, w kierunku stołówki, którą już mijałam, kiedy mnie tutaj przywitano. 
Tłumy nastolatków przepychało się między stolikami, z białymi tacami na ręce, 
szukając miejsca dla siebie.
Kiedy weszłam głębiej, jakby wszyscy się zatrzymali i patrzeli na mnie, a ja czułam się strasznie zażenowana. 
Podeszłam do kolejki przy bufecie i wzięłam tacę do rąk. 
Nie miałam ochotę na jedzenie, ale jeśli to miał być mój ostatni posiłek dzisiaj, wolałam wrzucić coś w siebie, niż wymiotować później krwią, już przez to przeszłam kilka razy.
Wzięłam miskę i nalałam sobie ciepłego mleka, po czym wsypałam do niej kukurydziane płatki. Nie rzucało mi się w oczy zbyt dużo miejsc, ale jedyne dobre było koło chłopaka w okularach i słuchawkach na uszach, którego nie obchodziło nic, co się znajdowało wokół niego.
Ruszyłam w jego kierunku i usiadłam obok niego. Nie był zbyt towarzyski, bo nawet nie wyjął słuchawek z uszu, aby się przywitać, a tylko odwrócił wzrok z powrotem w kierunku swojego posiłku i kontynuował jego spożywanie. 
Odetchnęłam z ulgą, że ominie mnie kolejny krępujący monolog i zabrałam się za jedzenie swoich słodkich płatków. 
- Jesteś ta nowa, prawda? - usłyszałam i skorciłam się w myślach. 
Damn it, jednak się myliłam. 
- Tak, jestem Connie - odpowiedziałam mu, kiedy przełknęłam swoje jedzenie.
- Marcel. - rzucił jedynie i wkroczył do swojego świata, zmieniając utwór.
Dziwne, ja musiałam oddać telefon przy wejściu, a On miał przy sobie najnowszy model telefonu, jaki wyszukiwarka google mogła znaleźć.
Poprawiłam się na krzesełku i napiłam wody, którą chwyciłam przed znalezieniem się na tym krześle. 
Połowa ludzi opuściła już stołówkę, ale ja siedziałam na swoim miejscu. 
Właściwie nie wiem na co czekałam, ale chyba najbardziej przerażał mnie fakt, że każdy kto wychodził z pomieszczenia patrzył na mnie, a później robił krzywą minę, jakbym miała coś na twarzy.
A to może z moją twarzą było coś nie tak.
Związałam swoje włosy w kucyka i odniosłam tacę na miejsce przeznaczone do tego. 
Wróciłam do swojego pokoju, chociaż nie miałam na to najmniejszej ochoty. Widok mojej współlokatorki mnie przerażał, co dopiero rozmowa z nią czy chociażby oddychanie z nią tym samym powietrzem.
Myślałam, że tutaj będzie całkiem inaczej. Myślałam, że odciągnę się od Louis'a, że od niego odpocznę i tutaj zacznę nowe życie, ale tutaj jest jeszcze gorzej niż z nim. On przynajmniej zwracał na mnie uwagę. Może nie w takim stylu, jak powinien, ale jednak, a tutaj byłam tylko kolejnym uczniem, zbędną dziewczyną, która tylko zabierała innym powietrze.



Data: 02 wrzesień 2003r.
Miejsce: Horsham, West Sussex


- Wydaje mi się, że nie powinniśmy jej budzić i pozwolić by po prostu się spóźniła na apel. I tak nie ma tu życia. - usłyszałam na swoim uchem, a ja przewróciłam się na drugi bok.
- Ciszej, bo się obudzi. - zdecydowanie ten głos należał do Taylor. - Ta mała suka, nie wie z kim zadarła wchodząc do tego pokoju. - powiedziała i już po chwili nikogo nie było w pokoju i jedyne co mnie otaczało to cisza, którą przerywał głos ludzi, przechodzących obok drzwi.
Chciałam zasnąć, ale do pokoju wpadł Eric, który zerwał mnie z łóżka.
- Tak jak sądziłem, nawet nie wstałaś! - potrząsnął mnie. - Dobrze, że ja zawsze jestem w pobliżu. Wstawaj! Za pięć minut jest apel nie możesz się na niego spóźnić.
- Jeszcze 5 minut, Louis - powiedziałam zaspanym tonem, żeby tylko dał mi spokój.
- To ja, Eric! - jego entuzjazm wszystko zdradzał. 
Odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam na niego lekko przymrużonymi oczami.
- Chcę zostać w łóżku - powiedziałam błagalnie. 
- Nie ma takiej opcji. Ruchy, kochana! - niemal zrzucił mnie z łóżka, przez co momentalnie się rozbudziłam i wstałam ze swojego niewygodnego łóżka. 
Wywróciłam oczami i wyciągnęłam ze swojej walizki dużą bluzę mojego brata, co jedyne mi po nim pozostało oprócz głupich wspomnień.
- Nie. Masz to. - zabrał mi bluzkę i wręczył coś na kształt uniformu.
Spódnica do kolana. Biała bluzka, a raczej golf i wysokie białe skarpetki. 
- Ja mam to założyć? - zaśmiałam się.
- Tak. I to w pośpiechu! - rzucił, a ja przewróciłam oczami.
Pierwszy dzień tutaj, a ja już mam dość i mam ochotę uciec, przez to nie wielkie okno, które jak się dowiedziałam wczoraj jest pod elektrycznym napięciem.
Skierowałam się do łazienki i założyłam na siebie paskudne ciuchy, po czym wróciłam do pokoju.
- Będziesz mogła je zmienić po apelu. To jest tylko na uroczystości. - powiedział 
Eric, kiedy schodziliśmy na dół.
Westchnęłam głośno i zeszłam z nim po schodach, mimo że wcale nie spieszyło mi się na ten cholerny apel. Inni uczniowie robili to samo, więc nie miałam problemu ze zgubieniem się. Podążałam za nimi, mimo że mój organizm pragnął teraz tylko i wyłącznie powrotu do łóżka. 
Weszłam do wielkiej sali, gdzie odbywał się apel i prawie wszyscy byli już tam obecni. Stanęłam obok kilku dziewczyn, a po kilku minutach, które spędziłam w samotności, na środek wyszła elegancko ubrana kobieta w podeszłym wieku.
- Witajcie, witajcie! - usłyszałam gromkie brawa w jej stronę. 
Dopiero po chwili zorientowałam się, że była to kobieta, która wczoraj zamykała drzwi swojego bodajże pokoju na klucz. - Nazywam się Effie Trinket i jestem dyrektorką tejże placówki. Przed wami 10 miesięcy ciężkiej pracy, którą postaramy się zmienić w zabawkę, byście mogli poczuć się komfortowo podczas nauk różnych dziedzin. Jak zwykle świadomie trzecie klasy zostaną przygotowane do najtrudniejszych testów w swoim życiu, ale przecież nie ma się co stresować moi drodzy. Najważniejsza... - kobieta mówiła i mówiła, a ja miałam ochotę ziewnąć  po prostu stąd wyjść. 
Nawet ukradkiem to zrobiłam, ale zostałam spiorunowana wzrokiem przez Marcel'a, które poznałam na stołówce wczorajszego dnia.
Szybko się ocknęłam, chociaż częściowo i zajęłam się rozglądaniem dookoła, aby zobaczyć uczniów uczęszczających do tej szkoły.
Kilka grupek w typie mojej współlokatorki, świetnie. Tylko tego mi brakowało. 
Prócz tego kilku kujonów, którzy na pewno byli zainteresowani niejedną teorią Marcel'a, a obok nich samotnicy, do których mogłam podejść, prócz tego, że jeden z nich właśnie odkrywał kopalnie w swoim nosie.
Wzdrygnęłam się na samą myśl, że chciałam z nimi nawiązać znajomości i próbowałam się ponownie skoncentrować na wymowie mojej dyrektor, ale jej głos był po prostu nie do wytrzymania. Jak stary silnik Diesel'a.
- Powitajmy nową nauczycielkę języka francuskiego pani Myriam Facciollo, która wstąpi na miejsce pani Doroty Russeau, która wydała na świat swoją małą córeczkę, gratulacje dla młodej mamy. - znowu słychać było gromkie brawa. - Więc, życzę Wam dużo szczęścia w nowym roku i wysokich wyników! - powiedziała i zeszła ze sceny. 
Przewróciłam oczami i spojrzałam na moje dłonie, którymi się bawiłam. 
- Proszę o rozejście się do pokoi i przebranie się z mundurka, a następnie do klas. 
Klasa 1a udaje się do sali numer 208, a 1b do sali numer 1. Drugoklasiści oraz trzecio proszeni są o zostanie na auli. - powiedział ktoś już nie ze sceny a ja z od razu rzuciłam się do wyjścia.
Jestem pewna, że rozdeptałam przy tych większość zebranych, ale wydostanie się stąd było teraz moim największym marzeniem. Nie wiedziałam nawet gdzie dalej iść. Przepychałam się między ludzi, w poszukiwaniu klasy, mimo ze słabo dążyłam do tego celu. 
Spytałam starszą kobietę o droga, a ta bez problemu mi odpowiedziała i ruszyłam w tamtym kierunku.
Ludzi pod klasą było niewielu.
Nadszedł czas piekła dla mnie i mojego nędznego życia.
Klasę otworzył wysoki mężczyzna w czarnym garniturze, nawet na niego nie spojrzałam. Ze spuszczoną głową weszłam do klasy i zajęłam miejsce przy oknie z tyłu. Nikt obok mnie nie usiadł, ale wcale nie byłam zdziwiona tym faktem.
Przeczesałam nerwowo palcami włosy i ułożyłam dłonie na ławce wpatrując się w okno, za którym widać było jedynie boisko, które mnie zaskoczyło. Oczywiście pozytywnie, ponieważ uwielbiałam biegać.
- Witajcie. - mężczyzna stanął przy biurku, a po chwili na nim usiadł. - Jestem Malik. Zayn Malik, dla was profesor Malik. - powiedział ostro i rozejrzał się po klasie, kiedy jego wzrok zatrzymał się na mnie.
Przeraził mnie sposób w jaki na mnie patrzył. Był groźny i nie wykazywał żadnych uczuć. Nie widziałam ani cienia uśmiechu ani cienia złości. Był po prostu niebezpieczny, a sposób w jaki mówił przyprawiał mnie o ciarki na całym ciele. 
- Podam Wam plan na jutro, resztę w przyszłym tygodniu - powiedział, odrywając ode mnie wzrok. 
Schyliłam wzrok zażenowana, jakbym miała coś na twarzy, chociaż wiedziałam, że to tylko moja wyobraźnia.
Kiedy zapoznał nas z jutrzejszym dniem, powiedział zwykłe do widzenia i kazał 
opuścić nam salę.
- Panno Richards, proszę poczekać. - dosłownie zatrzymał mnie w połowie drogi do drzwi, a ja przerażona odwróciłam się w jego stronę. 
Miałam nadzieję, że powita mnie w szkole, w akademiku, ale Ona spojrzał na mnie i podszedł bliżej, łapiąc za ramię moje ramię. 
Jego oczy przybrały kolor czerni, a ja dostałam gęsiej skórki, jakby jakiś demon patrzył na mnie. Dosłownie czułam jak jego dotyk pali, a moja skóra zapada się pod jego dłonią.
- Witam. - szepnął, a ja poczułam na swoich ustach jego oddech, przesiąknięty nikotyną i burbonem, zdecydowanie nie należał do normalnych ludzi.
- Dzie-dzień dobryyy, panie Profesorze - załamywał mi się głos i nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Do tego jego spojrzenie, które niemal paliło mi dziurę w skórze.
Zaśmiał się krótko, jakby to było jego celem. Zdenerwowanie mnie. 
- Kiedy Pani do nas przyjechała, panno Richards? - spytał formalnie, co mnie jeszcze bardziej przestraszyło. 
- W-wczoraj, panie Profesorze - odpowiedziałam, nie wiedząc jak zareagować.
- To wiele wyjaśnia, że nie widziałam Pani wcześniej. Na pewno bym zapamiętał tą twarz - skomentował, ale nic więcej nie odpowiedział, ale odwrócił się do swojego biurka, a ja uciekłam przestraszona jego obecnością.




witam. 
pierwszy rozdział na naszym nowym blog'u, który jest malutkim wstępem do tego co może Was zaskoczyć właśnie tutaj. siedzę przed komputerem z gorączką, tylko dlatego, że chcę wywołać uśmiech na waszej twarzy. mam nadzieję, że mi się to udało :) niestety pochorowałam się i nie mam bladego pojęcia czym jest to spowodowane ;c teraz muszę dużo leżeć i oczywiście spożywać różnego rodzaju świństwa.


KOMENTUJCIE!






lots of love,
nancy.